Przestrzeganie praw polskiej grupy etnicznej w Republice Litewskiej
Polacy na Litwie stanowią społeczność specyficzną pod kilkoma ważnymi względami. Pierwszym jest ich wysoka procentowo
wobec ogółu ludności państwa liczebność, sięgająca 7-8 %. Jako cechę niezwykle istotną wymienić należy posiadanie
przez Polaków jeszcze w okresie sowieckim szeroko rozgałęzionej sieci polskojęzycznych placówek oświatowych, struktur
edukacyjnych wyższego szczebla, oryginalnej bądź tłumaczonej prasy polskojęzycznej, jak też amatorskich zespołów
śpiewaczo-tanecznych i teatralnych. W 1954/55 roku szkolnym było np. w Litewskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej
312 szkół polskich, 50 mieszanych polsko-rosyjskich (czyli z osobnymi pionami polskimi i rosyjskimi pod jedną
administracją szkolną), 21 polsko-litewskich i 7 polsko-rosyjsko-litewskich. Pobierało w nich naukę ogółem 32.260
polskich dzieci - 7,79% uczniów w skali kraju (zob. A. Srebrakowski, "Polacy w Litewskiej SRR 1944-1989", Toruń 2000,
s. 155).
Odróżniało to korzystnie Polaków na Litwie od rodaków na innych terenach byłej II Rzeczypospolitej (na Ukrainie,
Białorusi czy Łotwie). Kolejnym wyróżnikiem była zwartość zamieszkania (w ogromnej większości Wilno i najbliższe
okolice stolicy), a także bardzo niski stopień asymilacji językowej względem zarówno Litwinów, jak i - w mniejszym
stopniu - Rosjan. Mimo że ten tak bogaty w porównaniu do innych w tym regionie skupisk polskich stan posiadania ulegał
z biegiem lat stopniowemu, lecz stałemu zmniejszeniu, sytuacja Polaków na Litwie w okresie odzyskiwania w końcu lat 80.
i na początku 90. niepodległości przez byłe republiki sowieckie była jakościowo zasadniczo odmienna od położenia Polaków
na Białorusi, Ukrainie, Łotwie, jak też w byłych krajach tzw. demokracji ludowej (może z wyjątkiem Zaolzia).
Jednocześnie stan posiadania Polaków na Litwie był (i praktycznie pozostaje nadal) wprost proporcjonalny do
nieprzychylnego stosunku władz państwowych do społeczności polskiej, jej dążeń i aspiracji. Natężenie nastrojów
nacjonalistycznych osiągnęło na Litwie poziom o wiele wyższy, niż w jakimkolwiek innym wybijającym się na niepodległość
kraju w Europie Środkowo-Wschodniej.
Pokutujące w litewskich opiniotwórczych elitach politycznych i intelektualnych antypolskie uprzedzenia, fobie i
stereotypy mają swoje korzenie w głębokiej przeszłości, sięgają lat unii polsko-litewskiej, a następnie okresu
odbudowywania niepodległości państwowej w końcu XIX i na początku XX stulecia.
Uwarunkowania historyczne
Sposobów i metod postępowania władz niepodległego państwa litewskiego wobec społeczności polskiej, filozofii ich
polityki w tej dziedzinie nie sposób zrozumieć adekwatnie bez przywołania zaszłości historycznych. Unia Korony Polskiej
i Księstwa Litewskiego, którą niektórzy (np. prof. J. Kłoczowski) bardzo słusznie, choć bez większego w Europie odzewu,
usiłują obecnie ukazać jako pierwowzór dzisiejszej Unii Europejskiej, przez litewską myśl historyczną i polityczną
traktowana jest raczej jako zjawisko dla Litwy niekorzystne czy wręcz szkodliwe, spowodowało bowiem w swoim czasie
wynarodowienie i polonizację arystokracji i szlachty litewskiej i omal nie doprowadziło do rozpuszczenia się
litewskości w żywiole polskim. Stąd też idea odbudowy niepodległego bytu państwowego w końcu wieku XIX i na początku
XX tworzona była na fundamencie przede wszystkim antypolonizmu. W okresie międzywojennym nastroje antypolskie
podsycane były jeszcze bardziej, a za pretekst służyła tzw. kwestia wileńska. Wtedy też zastosowane zostały wobec
ludności polskiej w Republice Litewskiej represje, które, z małymi modyfikacjami, przeniesione zostały w czasy obecne:
maksymalne osłabianie społeczności w dziedzinie ekonomicznej i ograniczanie jej praw w sferze duchowej. Drastyczne
formy przybrał antypolonizm w latach II wojny światowej (konfrontacja powołanych przez Niemców wojskowych formacji
litewskich z Armią Krajową i szykanowanie przez litewską administrację lokalną polskiej ludności cywilnej). W okresie
władzy sowieckiej nastroje te przetrwały w stanie hibernacji, by wybuchnąć z niespodziewaną siłą w czasach Sajudisu.
W ostatnich latach stwierdzić można pewne stonowanie tych nastrojów, wynika to jednak przede wszystkim z koniunkturalnej
potrzeby stwarzania pozorów zgodności ustawodawstwa i praktyki politycznej litewskiej z wymogami norm i prawa
europejskiego i w stopniu o wiele mniejszym ze szczerej chęci właściwego uregulowania tych problemów.
Baza konstytucyjna
Konstytucja litewska jest ustawą zasadniczą państwa narodowego (monoetnicznego). Preambuła uchwalonej w referendum
25 października 1992 r. Konstytucji Republiki Litewskiej ma sformułowanie następujące:
"Naród Litewski (...) który zachował swego ducha, język ojczysty, piśmiennictwo i obyczaje...".
Pojęcia "język" i "piśmiennictwo" użyte tu są jednoznacznie w liczbie pojedynczej, inne grupy etniczne w państwie
litewskim, używające nie litewskiego języka i piśmiennictwa oraz posiadające własne obyczaje, zostały konstytucyjnie
umieszczone poza obrębem narodu litewskiego.
Konstytucja wprowadza rozróżnienie między obywatelami państwa (mogą nimi być członkowie różnych grup etnicznych) a
członkami narodu litewskiego, którymi są wyłącznie etniczni Litwini. Politolog litewski G. Vitkus stara się ten
konstytucyjny dysonans łagodzić, powołując się na wybitnego prawnika z przedwojennej Litwy Michała Römera, który
wskazywał na różnicę pojęć między narodem-natio (wspólnota etniczno-kulturowa) a narodem-populus (ogół obywateli
państwa). Vitkus twierdzi, że figurujący w preambule konstytucji "Naród Litewski" to naród-natio, natomiast wszędzie
dalej w tekście, gdzie słowo "Naród" jest już używane bez przymiotnika (np. art. 2: "Państwo Litewskie tworzy Naród.
Suwerenność należy do Narodu"), ma się na myśli naród-populus. Nie jest to argumentacja przekonująca już z tej
chociażby przyczyny, że to rozróżnienie pojęć nie jest nigdzie w tekście konstytucji w jakikolwiek sposób zaznaczone
(zob. G. Vitkus, "Politologija", Wilno 2000, s. 21).
Szereg zapisów konstytucyjnych w sposób mniej lub bardziej ewidentny wiąże się w swej treści z obecnością w państwie
litewskim polskiej grupy etnicznej. Treść art. 3: "Naród i każdy obywatel ma prawo do okazywania sprzeciwu wobec
każdego, kto usiłuje dokonać zamachu na (...) całość terytorialną (...) Państwa Litewskiego" - kojarzy się jednoznacznie
z polskim ruchem autonomicznym z końca lat 80. i początku 90., i kwalifikuje go jako działanie równoznaczne w swojej
szkodliwości z zamachem na niepodległość i ustrój konstytucyjny państwa.
Art. 9 przewiduje możliwość rozpisania referendum, jeżeli tego w przewidziany przez prawo sposób zażąda co najmniej
300 tysięcy obywateli, posiadających prawo wyborcze. W chwili, kiedy konstytucja była uchwalana, dane oficjalne mówiły
o około 260 tys. Polaków na Litwie; nieoficjalnie mówiono o grubo ponad 300 tys. Również treść art. 10: "Terytorium
Państwa Litewskiego jest jednolite i niepodzielne na żadne jednostki państwowe" miała w założeniu zapobiegać na
przyszłość wszelkim próbom Polaków utworzenia w składzie Litwy jednostki terytorialno-administracyjnej na zasadach
narodowych.
Prawa mniejszości narodowych ujęte zostały w lakonicznym art. 37, ostatnim w rozdziale II "Człowiek a państwo":
"Obywatele, należący do wspólnot narodowych, mają prawo do pielęgnowania swojej mowy, kultury i obyczajów".
Zobowiązania państwa wobec tej grupy obywateli zostały w konstytucji sformułowane (art. 45) nader enigmatycznie:
"Państwo wspiera wspólnoty narodowe".
Warto odnotować, że konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z 6 kwietnia 1997 r. ma w preambule definicję narodu,
której porównanie z określeniem litewskim prowadzi do nieoczekiwanych wniosków: "my, Naród Polski - wszyscy obywatele
Rzeczypospolitej". Wyznacznikiem przynależności do narodu polskiego jest zatem posiadanie polskiego obywatelstwa.
Łączność narodu polskiego (obywateli RP) z Polakami (nie będącymi jednak częścią narodu polskiego...) poza krajem
ujęta jest w mglistej formule: "złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie". Jakiego to
jest rodzaju wspólnota, konstytucja nie precyzuje, pojęcie "wspólnota narodowa" nie zostało w niej użyte.
Są więc Polacy na Litwie obywatelami państwa litewskiego, ale nie stanowią części narodu litewskiego. Nie będąc
obywatelami Rzeczypospolitej, nie są także - w myśl polskiej konstytucji - częścią narodu polskiego. Lektura obu
konstytucji nie daje wyraźnej i jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: częścią jakiego narodu są Polacy na Litwie,
jaka jest ich przynależność narodowa? Konstytucje obu krajów pozostawiają ich w zawieszeniu. (Podobnie sformułowana
jest kwestia Polaków na Białorusi w tamtejszej konstytucji, natomiast konstytucja Ukrainy współbrzmi z konstytucją
polską: tam za naród ukraiński zostali uznani obywatele wszystkich narodowości).
Wbrew pozorom, nie są to scholastyczne rozważania i dzielenie włosa na czworo, definicje konstytucyjne mają bowiem
daleko idące implikacje w polityce państw i wyznaczają sposoby traktowania przez władze (jak Litwy, tak i Polski)
dużych grup ludzi, w tym przypadku - polskiej grupy etnicznej na Litwie.
Reprywatyzacja i zwrot mienia
Prawo do ubiegania się o odzyskanie znacjonalizowanego mienia (w przypadku Polaków rzecz dotyczy przede wszystkim
ziemi) przysługuje, w myśl prawa litewskiego, jedynie obywatelom państwa litewskiego. Właściciele, którzy Wileńszczyznę
opuścili w ramach deportacji sowieckich, zostali wywiezieni przez Niemców lub wyjechali w ramach tzw. "repatriacji"
do PRL, wszelkie prawa do pozostawionego mienia utracili na zawsze. Teoretycznie mogą się ubiegać o obywatelstwo
litewskie (jeżeli potrafią udowodnić swoje związki z litewskością i legitymują się znajomością języka litewskiego)
w trybie wyjątkowym, co umożliwi im wystąpienie o zwrot mienia, w praktyce jednak z prawa tego skorzystało dotychczas
zaledwie kilka osób, a ich sprawy majątkowe nie zostały do dziś ostatecznie uporządkowane. Wymownym przykładem jest
tu hrabia Alfred Tyszkiewicz, potomek byłych właścicieli uzdrowiska Połąga nad Morzem Bałtyckim. Po długich zabiegach
hrabia uzyskał w końcu obywatelstwo litewskie i rozpoczął starania o odzyskanie skromnego drewnianego budynku w
centrum miasteczka, rezygnując z pałacu, rozległego parku, gruntów i licznych budynków. Proces reprywatyzacyjny
postępował z ogromnym trudem, sprawa kilkakrotnie trafiała do sądu, aż w końcu budynek w niewyjaśnionych okolicznościach
spłonął. Podobne przygody przeżywa na Żmudzi inny hrabia, Dominik Plater, m.in. przyrodni wnuk Emilii Platerówny:
z byłych rozległych włości rodowych udało mu się odzyskać tylko jezioro, nie jest jednak w stanie odsądzić parku,
na terenie którym wyrastają prywatne domy miejscowych nowobogackich.
Cechą specyficzną litewskiego ustawodawstwa o ziemi jest podział na grunty miejskie i wiejskie. O ile istnieje
przewidziana przez prawo możliwość odzyskania w terenie wiejskim ziemi w całości, a nawet w naturze, czyli w tym
samym miejscu, o tyle w obrębie miasta potomkowie byłego właściciela mogą się tylko ubiegać o przydział parceli
budowlanych, po jednej na każdego spośród najbliższych potomków w prostej linii, niezależnie od powierzchni posiadanej
kiedyś ziemi. Ustawa określa wielkość takiej parceli na 20 arów, w rzeczywistości zaś w Wilnie, na przykład,
przydzielanych jest 9, a nawet do 5 arów. Przewidziana w ustawie rekompensata pieniężna może być wypłacona za
kilkanaście lat.
W pierwszych dwóch latach niepodległego państwa ziemia była w dyspozycji samorządów, w tym istniejących jeszcze
wtedy samorządów szczebla najniższego - rad gminnych. Póki nie ruszyły procesy prywatyzacyjne, była to raczej tylko
formalność, gmina mogła jednak nie wydać zezwolenia na budowę na jej terenie tego czy innego obiektu. Kiedy jednak
baza ustawodawcza reprywatyzacji została przyszykowana i zaczął się proces reprywatyzacji, państwo litewskie
przeprowadziło "reformę" samorządową, która polegała na zlikwidowaniu rad gminnych. W ich miejsce wprowadzono
instytucję starostw. Starostom, nominowanym przez jedyne samorządy, jakie pozostawiono - rejonowe oraz miejskie -
pozostawiono tylko funkcje wykonawcze. Pojawiła się jednocześnie instytucja powiatu jako jednostki
terytorialno-administracyjnej, zarządzanej nie przez organ obieralny, lecz administrację rządową, której
podporządkowano też wszystkie sprawy związane z regulacjami rolnymi. Również samorządowe służby rolne przeszły w
gestię powiatu i samorządy utraciły wszelki wpływ na procesy reprywatyzacyjne.
Jednakże nawet ten jeden szczebel władz samorządowych nie istniał na Wileńszczyźnie przez prawie dwa lata niepodległego
państwa: 4 września 1991 r. Rada Najwyższa RL rozwiązała wileńską i solecznicką rady rejonowe. Pretekstem do tego
drastycznego posunięcia było rzekome poparcie przez samorządy puczu w Moskwie. Zarzut był jednoznacznie bzdurny i
nieuzasadniony. Powodem prawdziwym tego antypolskiego posunięcia było pragnienie władz uniemożliwienia reprezentacji
samorządowej Polaków udziału i wpływania na procesy odzyskiwania przez ludność Wileńszczyzny ziemi. Związek Polaków
na Litwie, Frakcja Polska w Radzie Najwyższej RL wskazywały (por. "Kurier Wileński", 6-7 września 1991 r.) na
ewidentne złamanie prawa i odnośnych procedur prawnych przez Radę Najwyższą, nawoływały do cofnięcia decyzji, apele te
jednak pozostały bez odzewu.
Rząd wyznaczył swoich komisarzy w obu rejonach, nadając im pełnomocnictwa równoznaczne z uprawnieniami samych
samorządów. Pełnomocnikom rządowym przysługiwało m.in. prawo przydzielania wszystkim chętnym działek o powierzchni do
3 hektarów, niezależnie od miejsca zamieszkania. W ten sposób rozdzielono przybyszom spoza Wileńszczyzny kilkadziesiąt
tysięcy hektarów ziemi pod Wilnem, późniejsza zaś nowelizacja ustawy o ziemi zezwoliła na sprywatyzowanie tej ziemi
w pierwszej kolejności. Ogromna większość 3-hektarowych przydziałów znajdowała się w obrębie gruntów, do których byli
na miejscu prawowici pretendenci.
Ta sama ustawa w ogóle uniemożliwiła Polakom nawet zwracanie się o zwrot mienia - poprzez odmowę honorowania dokumentów,
dowodzących tytułu własności - "wydanych przez obce państwo". Autorom ustawy nie przeszkadzało, że państwo litewskie
nie mogło na tych terenach wydawać w okresie międzywojennym żadnych dokumentów, ponieważ wtedy po prostu tam nie
istniało. Wiele czasu upłynęło, zanim archiwa zaczęły wydawać Polakom odpisy dokumentów własnościowych: prawie dwa
lata informowały petentów, że takich dokumentów w swoich zbiorach nie posiadają i radziły szukać ich na Białorusi
lub w Polsce, gdzie miały rzekomo się znajdować.
Ustawa zezwalała także na przenoszenie własności. Choć formalnie przenoszenie miało się odbywać na tereny wolne, do
których nie było pretendentów na miejscu, w pierwszej zaś kolejności prawo do restytucji własności przysługiwało
mieszkańcom miejscowym, w praktyce kolejność ta była (i nadal jest) nagminnie łamana. Pozbawiło to prawowitych
pretendentów do odzyskania własności w okolicach Wilna kolejnych kilkudziesięciu tysięcy hektarów.
Poza ziemią pod gospodarstwa, pełnomocnicy rządowi w rejonach wileńskim i solecznickim rozdali kilka tysięcy parceli
pod budowę domów. Miało to miejsce szczególnie w najbliższym sąsiedztwie stolicy, gdzie wartość gruntów jest
najwyższa. Parcele otrzymali praktycznie za darmo politycy, posłowie na Sejm, funkcjonariusze rządowi, sędziowie,
prokuratorzy. Powoływane później z inicjatywy posłów Polaków komisje do zbadania zgodności z prawem tych decyzji
pełnomocników rządowych stwierdzały jednoznacznie niezgodność tego procederu z prawem, żadnych jednak konsekwencji
prawnych wnioski tych komisji nie miały.
Nadużycia i malwersacje stwierdzano też niejednokrotnie w postępowaniu urzędników władz powiatowych i podległych im
służb rolnych w rejonach. Ujawniane były (przeważnie przez media) liczne przypadki powiązań instytucji powiatowych
ze strukturami przestępczymi, jednak i to nie pociągnęło żadnych konsekwencji dla łamiących prawo.
Jeszcze jednym antypolskim posunięciem władz państwowych było stworzenie tzw. "wielkiego Wilna". Granice stolicy
poszerzono o ponad 10,5 tys. hektarów (wariant pierwotny zakładał powiększenie o prawie 29 tys. ha), kosztem ziemi,
do której pretendowali mieszkańcy rejonu wileńskiego, prawie wszyscy bez wyjątku Polacy. Organizacje polskie
wskazywały niejednokrotnie na brak uzasadnienia ekonomicznego i urbanistycznego takiego poszerzenia granic miasta,
zostało ono jednak przeprowadzone. Sejm RL zadeklarował, że na terenach przyłączonych do miasta obowiązywać będą
nadal przepisy prywatyzacyjne jak dla terenu wiejskiego (czyli nie będzie ograniczeń w powierzchni odzyskiwanej ziemi),
rząd jednak nie wydał odnośnych przepisów wykonawczych i pretendenci do dziś, jeśli odzyskują ziemię, to tylko przez
sądy, co samą procedurę niezwykle utrudnia i komplikuje. Miasto zaś w trybie przyspieszonym projektuje na tych
terenach, powiat zaś rozdziela parcele budowlane. Samo postawienie fundamentu przez nowego właściciela uniemożliwia
już ostatecznie odzyskanie ziemi przez prawowitego pretendenta, nawet drogą sądową.
W kwestiach zwrotu ziemi rozróżniać należy dwa zasadnicze wątki. Polacy zamieszkują zwarcie tereny wokół Wilna.
Odzyskanie ziemi przez byłych właścicieli znacznie by umocniło całą społeczność polską pod względem ekonomicznym,
materialnym, czyniąc z niej stosunkowo zamożną warstwę. Niezależnie od tego, czy właściciele korzystaliby z ziemi
sami czy ją odnajmowali bądź sprzedawali, odnosiliby znaczne korzyści materialne. Władze państwowe, niechętne
społeczności polskiej, czynią wszystko, by do tego nie dopuścić. Służy temu tendencyjne ustawodawstwo, jak i
wykonywanie uchwalonych ustaw.
Z drugiej strony, tereny podstołeczne, jak w każdym innym kraju, mają wartość o wiele wyższą, niż jakiekolwiek inne
grunty w innych regionach. Stąd wynika ich atrakcyjność i wielkie nimi zainteresowanie przybyszów z innych części
kraju, spekulantów ziemią, zorganizowanych grup przestępczych. Cele świadomej antypolskiej polityki władz pokrywają
się tu z interesami ugrupowań przestępczych, skutek zaś tego jest taki, że rolnik podwileński, przeważnie niezamożny,
nie jest po prostu w stanie konkurować z połączonymi siłami państwowo-mafijnymi.
Procesy restytucji własności są już zasadniczo zakończone w całym kraju, w rejonie zaś wileńskim nadal się wloką i
końca wciąż nie widać. Im bliżej Wilna, tym procent właścicieli, którzy ziemię już potrafili odzyskać, jest coraz
niższy.
W samym mieście podejmowane były przez społeczne organizacje polskie próby odzyskania kilku budynków, wzniesionych
w swoim czasie z funduszy publicznych. Są to gmachy Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Teatru na Pohulance i Stanicy
Harcerskiej. Akty założycielskie wszystkich tych obiektów stwierdzają jednoznacznie, że budynki służyć mają polskiej
społeczności miasta. Władze jednak nie uznały tego za wystarczającą podstawę do przekazania przynajmniej jednego z
budynków organizacjom polskim. W budynku teatru polskiego mieści się teatr rosyjski, budynek Towarzystwa Przyjaciół
Nauk służy jako skład jednego z muzeów, w Stanicy Harcerskiej zaś mieści się ambasada Stanów Zjednoczonych. Organizacje
żydowskie odzyskały tymczasem w Wilnie kilkanaście budynków.
Reformy administracyjne
W latach 1998-1999 władze państwowe podjęły kolejną próbę rozczłonkowania i rozbicia środowiska polskiego na
Wileńszczyźnie poprzez wprowadzenie samorządowej reformy administracyjnej. Posłużono się przy tym chęcią mieszkańców
kilku miejscowości w głębi Litwy utworzenia odrębnych jednostek samorządowych. W przypadku tych miejscowości pragnienie
takie było w pełni uzasadnione (zbyt daleka odległość od dotychczasowych centrów samorządowych, wystarczająca baza
ekonomiczna). Postanowiono jednak przy okazji zlikwidować cały rejon wileński (największy w kraju samorząd wiejski -
ok. 90 tys. mieszkańców, w tym 64 % Polaków): podzielić go aż na sześć części, kolejne tereny przyłączyć do miasta,
resztę zaś dosztukować do samorządów, w których większość stanowiliby Litwini.
Opracowane przez rząd uzasadnienie ekonomiczno-socjalne było tak niepoważne, że sejmowej i politycznej reprezentacji
polskiej udało się bez większego trudu je obalić. Nawet prasa litewska wskazywała na zbyt ogólnikowy i niekonkretny
charakter rządowych dokumentów. Pod naciskiem Polaków zamiaru zaniechano, powołano kilka nowych samorządów w głębi
kraju, rejon wileński okrojono tylko nieznacznie, precedens jednak został stworzony i nie jest wykluczone, że do
sprawy będzie się jeszcze próbowało powrócić w przyszłości.
Oświata
Litewska Socjalistyczna Republika Sowiecka była jedyną w Związku Sowieckim, w której zezwolono po wojnie na szeroką
sieć szkół w języku polskim. Nastąpiło to na wyraźną wskazówkę Moskwy. Miejscowe władze litewskie odnosiły się do tego
nader niechętnie, musiały się jednak instrukcjom władz moskiewskich podporządkować. Moskwie chodziło przede wszystkim
o indoktrynację Polaków na Litwie w ich języku ojczystym, co musiałoby proces ten ułatwiać, a jednocześnie o osłabianie
w ten sposób narodowego elementu litewskiego - m.in. poprzez uniemożliwianie dopływu dzieci polskich do szkół
litewskich, o ile taka tendencja by się pojawiła. Zamierzenia te jednak przyniosły tylko częściowy skutek - dzięki
przede wszystkim aktywnej roli Kościoła w środowisku polskim, który wpływy komunistyczne dość skutecznie swoim
nauczaniem hamował. Można natomiast mówić o pewnym powodzeniu polityki moskiewskiej, jeśli chodzi o odseparowanie
od siebie powstających równolegle inteligencji litewskiej i polskiej. Tworzyły się dwa osobne, istniejące obok siebie,
ale jednak się nie przenikające światy. Skutkiem m.in. było, że pod koniec lat 80., kiedy w intelektualnych elitach
narodowych litewskich kiełkować zaczęły idee niepodległościowe, nie było w gronie inicjatorów Sajudisu ani jednego
Polaka: w środowisku litewskim nie dopuszczano nawet myśli, że ktoś z Polaków może do ruchu narodowego litewskiego
się przyłączyć i w nim działać.
Choć treść programów w szkołach polskich (bardziej właściwe byłoby określenie: polskojęzycznych) była na wskroś
komunistyczna i ateistyczna, wspólne wysiłki rodziców, nauczycieli i księży sprawiły, że dzięki temu szkolnictwu
odbudowywać się zaczęła w Wilnie i na Wileńszczyźnie powojenna inteligencja polska. Był to proces powolny i mozolny,
zaczynać bowiem trzeba było prawie od zera, jednak u progu lat 80. społeczność polska miała już około 70 doktorów nauk
i profesorów. Nie było to współmierne do potrzeb i liczby ludności, początek jednak został zrobiony.
Pod koniec lat 80. i na początku 90. szkolnictwo polskie, zwłaszcza w Wilnie, gdzie istniała duża możliwość wyboru
między językami nauczania, przeżyło prawdziwy renesans: liczba uczniów w klasach początkowych wzrosła kilkakrotnie.
Od tamtego okresu daje się zaobserwować tendencja zwyżkowa, którą hamuje jedynie ciągle się pogłębiający się niż
demograficzny. Przez kilka ostatnich lat maturzyści po szkołach z polskim językiem nauczania legitymują się lepszymi
od rówieśników w szkołach litewskich wynikami egzaminów maturalnych, wyższy jest też z roku na rok wśród polskich
maturzystów procent dostających się na wyższe studia. Prócz względów patriotyczno-narodowych, szkoły polskie są
atrakcyjne również poprzez to, że dają realną możliwość podjęcia studiów na uczelniach wyższych w Polsce, w trakcie
nauki zaś jest okazja do wielokrotnych wyjazdów do Polski na kolonie, wycieczki, różnego rodzaju imprezy.
Zjawisko oddawania dzieci polskich do szkół rosyjskich, dość rozpowszechnione w okresie sowieckim i wynikające z
wątpliwego przekonania, że po szkole rosyjskiej dziecko będzie miało łatwiejszy start życiowy, ustało w niepodległej
Litwie całkowicie. Pewien procent rodziców, powielając podobne wzorce myślowe, wysyła obecnie dzieci do szkół
litewskich, nie jest to jednak procent znaczny i występuje przeważnie w rodzinach, w których pojęcie przynależności
narodowej nie jest do końca sprecyzowane albo też dominują względy czysto merkantylne. Panuje ogólne przeświadczenie,
pielęgnowane aktywnie przez polskie organizacje społeczne, że dziecko polskie powinno pobierać nauki w języku
ojczystym. Jest to postawa kardynalnie odmienna od filozofii i praktyki życiowej rodaków na Zachodzie, gdzie
występuje przemożny pęd do wtopienia się jak najszybciej w obcojęzyczne środowisko, jak najszybsze zasymilowanie.
Wśród Polaków na Litwie takie postępowanie traktowane jest jako naganne. Szkoła polska zapewnia uczniom dostateczny
zasób wiedzy w ich języku ojczystym, by byli w stanie skutecznie konkurować z absolwentami szkół litewskich. Daje
też doskonałą znajomość języka litewskiego, co jest przesłanką późniejszej bezproblemowej integracji młodzieży w życie
kraju.
Innego zdania są jednak władze państwowe, których staraniem szkolnictwo polskie na Litwie jest areną nieustających
rozgrywek i starć politycznych, stałym drażliwym tematem dwustronnych rozmów międzypaństwowych litewsko-polskich.
Nastawienie polityków litewskich można określić następująco: krok po kroku, w trakcie kolejnych reorganizacji i reform
oświaty w skali krajowej zawężać możliwości szkolnictwa polskiego, powodować odpływ uczniów ze szkół polskich do
litewskich, wywoływać stałe poczucie dyskomfortu u uczniów i nauczycieli w szkołach polskich. Nie czynić przy tym
ruchów gwałtownych, nie podejmować działań, które by dotyczyły wyłącznie szkół polskich i mogłyby wywołać poważniejszą
reakcję polskich władz państwowych. Wyjściem optymalnym jest takie ukierunkowanie i taka treść reform w skali całego
kraju, by godziły w szkoły polskie. Pozory muszą być zachowane. Polityka jest jednak jednoznaczna: nie może być na
terenie państwa tak dużego obszaru, na którym nie ma rozgałęzionej sieci szkół litewskich. System taki obowiązkowo
musi powstać, a że chętnych podjęcia nauki w języku litewskim w miejscowościach czysto polskich brakuje, trzeba
spowodować, by tacy chętni się pojawili. Jednym z wypróbowanych sposobów jest zniechęcanie dzieci do nauki w języku
polskim.
Do skutecznych władze zaliczają utrudnianie maturzystom polskim dostępu na wyższe uczelnie litewskie. Szkoły litewskie
mają - co naturalne - obszerniejszy program z języka i literatury litewskiej. Co i raz podejmowane są starania, by
różnica ta nie znalazła odbicia w programach egzaminów wstępnych. Uczeń szkoły polskiej, chcąc dorównać rówieśnikowi
ze szkoły litewskiej i opanować taki obszerny program, siłą rzeczy zaniedba język, literaturę i historię polską, te
przedmioty staną mu się zbytecznym balastem. Batalie o treść egzaminów wstępnych staczane są przez Polską Macierz
Szkolną na Litwie co roku i z roku na rok wprowadzane są coraz to nowe restrykcje. Inicjatywą ostatnią ministerstwa
w obrzydzaniu Polakom nauki po polsku było zniesienie obowiązkowego egzaminu maturalnego z języka i literatury
polskiej - pod pretekstem ulżenia polskim maturzystom, którzy dotychczas mieli o jeden egzamin maturalny więcej, niż
ich rówieśnicy w szkołach litewskich.
W pierwszych latach niepodległości jednym z głównych zarzutów państwowych władz oświatowych była niedostateczna
znajomość wśród uczniów języka litewskiego. Po części był to zarzut uzasadniony i dotyczył przede wszystkim szkół
wiejskich, gdzie litewskiego uczyli nie specjaliści i nie Litwini. Ale też społeczność polska od lat, na długo jeszcze
przed niepodległością, biła na alarm i apelowała do władz o wysyłanie do szkół polskich specjalistów lituanistów - z
marnym skutkiem. W ostatnich latach sytuacja kadrowa uległa znacznej poprawie, uczniowie zaś, nawet w odległych od
stolicy szkołach wiejskich, doskonale opanowują litewski.
Zarzut kolejny to "niedostateczna integracja młodzieży polskiej w życie państwa". Aby proces ten uległ przyśpieszeniu,
należy, zdaniem litewskiego Ministerstwa Oświaty i Nauki, przestawić szereg przedmiotów na nauczanie w języku litewskim,
poczynając od historii i geografii. Wydane zostaje odnośne rozporządzenie, społeczność poprzez swoich przedstawicieli
negocjuje, zbiera podpisy na znak protestu, urządza wiece, temat wypływa na kolejnym z częstych spotkań na wysokim
szczeblu międzypaństwowym litewsko-polskim (prezydenci, premierzy lub marszałkowie sejmów), ministerstwo nieco łagodzi
wymagania, strona polska spieszy z informowaniem o sukcesie, a zasadnicza zmiana zostaje wprowadzona, proces krok po
kroku postępuje do przodu.
Problemem stałym są podręczniki. Ministerstwo zapowiedziało przerwanie tłumaczenia i wydawania podręczników dla klas
starszych w szkołach polskich - i przyrzeczenia solennie dotrzymuje. Nie obowiązuje już, na szczęście, wcześniejszy
kategoryczny zakaz korzystania z pomocy naukowych z Polski, choćby to była nawet popularna książka z absolutnie
niepolitycznej chemii. Inspektorzy polowali w swoim czasie na tego rodzaju "zakazaną literaturę" i nawet znalezienie
jej w zamkniętej na klucz szafie groziło poważnymi nieprzyjemnościami.
Uczniowie korzystają z podręczników litewskich. Szkoły na Litwie są chronicznie niedofinansowane, co wynika z takiego,
a nie innego podziału funduszy budżetowych (dochodzenie do NATO wymaga wszak ogromnych środków na wojsko). Na
tłumaczenie podręczników pieniędzy nie wystarcza. Kiedy jednak problemem zajęły się bardziej wnikliwie media, wyszło
na jaw, że ogromne ceny podręczników polskich wynikają nie z NATO-wskich aspiracji Litwy, lecz z układów personalnych
niektórych urzędników ministerstwa oświaty z posiadającym monopol na wydawanie podręczników wydawnictwem. Rzecz
skończyła się zwolnieniem z pracy jednego urzędnika ministerialnego, problem jednak pozostał: państwo litewskie nie
zamierza brać na siebie obowiązku wydawania podręczników dla klas starszych polskich szkół. Jedynym wyjście
m jest
przejęcie zobowiązań finansowych przez stronę polską.
Dokładnie to samo dotyczy remontu i wyposażenia szkół polskich. Pieniędzy na te cele nie ma w budżecie już od dobrych
kilku lat i w najbliższej przyszłości nie będzie. Remonty budynków szkolnych (przetrwał nawet jeden drewniany sprzed
pierwszej wojny światowej), dobudówki, nowe szkoły - to w całości leży w gestii strony polskiej, a konkretnie
Stowarzyszenia "Wspólnota Polska". Dyskryminacji jawnej niby nie ma: szkoły litewskie też się borykają z trudnościami,
zawsze się jednak tak jakoś układa, że dla nich znajdują się jakieś fundusze pozabudżetowe, podczas gdy na szkoły
polskie środków brak.
Drugą, poza dysponowaniem ziemią, podstawową funkcją instytucji powiatu jest wprowadzanie na Wileńszczyźnie szkolnictwa
litewskiego. Jeszcze na początku lat 90. skrajnie nacjonalistyczna organizacja litewska "Vilnija" zwróciła się do władz
z apelem o otwieranie szkół litewskich w miejscowościach czysto polskich. Rządowy Departament ds. Mniejszości Narodowych
opracował wkrótce obszerny program rozwoju gospodarczego i społecznego Wileńszczyzny, w którym proponowana przez
"Vilniję" kilkudziesięciopunktowa lista miejscowości została w całości zamieszczona (z dopiskiem, że szkoły te mają
być otwierane "na życzenie rodziców"). Cały program pozostał do dziś na papierze - z wyjątkiem budowy litewskich szkół.
Władze, których dotychczas nie stać było na posłanie do szkół polskich po jednym lituaniście, znalazły wielomilionowe
fundusze na całą sieć nowych szkół. Podporządkowano je powiatowi (ewenement w skali państwa: wszędzie szkolnictwo
należy do samorządów, żaden też inny powiat, prócz wileńskiego, takich funkcji nie otrzymał).
Kuszą rodziców i dzieci nie tylko wygodne i dobrze wyposażone budynki. Kuszą, łudzą, przekupują, szantażują, zastraszają
i ogłupiają sami urzędnicy powiatu, społecznicy z organizacji litewskich. Rodzicom obiecuje się pracę, wypłaca
jednorazowe zasiłki, dzieci są w szkole dożywiane za kwotę wyższą, niż w szkołach samorządowych, otrzymują prezenty.
Otwierane są klasy dla trzech, dwóch, jednego nawet ucznia, podczas gdy w szkołach polskich obowiązuje przepis,
zezwalający na otwarcie nowej klasy, jeżeli jest co najmniej kilkunastu uczniów. Patronat nad szkołami litewskimi w
polskich wsiach sprawuje światowe litewskie wychodźstwo.
Uczniowie klas początkowych, w ten czy inny sposób zwabieni do szkół litewskich, litewskiego nie znają. Uczeni są
więc częstokroć według programów dla umysłowo upośledzonych. Zanim zdołają opanować język, zostaje zmarnowany czas
na opanowanie innych przedmiotów. Z góry założony mają zatem gorszy start, niż ich rówieśnicy - zarówno ze szkół
litewskich, jak i polskich. Interesem nadrzędnym państwa jest jednak "stworzenie równych możliwości dla wszystkich
w wyborze języka nauczania" i interes ten jest konsekwentnie realizowany.
Każda z reform w oświacie, jakie były wprowadzane w ostatnich latach (a ogromna większość nauczycieli w kraju jest
zdania, że były to reformy nieprzemyślane, wręcz szkodliwe), w ten czy inny sposób godziła w oświatę polską. Podobnie
też się stało z wprowadzonym ostatnio nowym systemem finansowania szkół - tzw. "koszyczkiem ucznia". Mimo usilnych
zabiegów Polskiej Macierzy Szkolnej na Litwie, udało się tylko częściowo dostosować "koszyczek" do potrzeb szkół
polskich. Przeznaczane z budżetu fundusze na oświatę w rejonach wileńskim i solecznickim tylko częściowo pokrywają
wydatki faktyczne. Z biegiem czasu wyniknie nieuchronnie konieczność zamykania szkół, w pierwszym rzędzie nielicznych
i w terenie wiejskim. Nie będzie się to odbywało pod bezpośrednim naciskiem władz - samorządy zmuszone będą do
drastycznych posunięć same. Pozory zostaną zachowane.
Osobnym i niezwykle istotnym tematem z dziedziny oświaty jest polska wyższa uczelnia w Wilnie. W 1992 roku miejscowe
polskie środowisko akademickie wystąpiło w inicjatywą powołania Uniwersytetu Polskiego. Miała to być placówka
kształcąca, prócz pedagogów, również specjalistów w zakresie przedsiębiorczości, języków obcych, informatyki i
innych dziedzin. Władze państwa potraktowały z początku ideę z pewnym zainteresowaniem, przydzieliły nawet pewną
kwotę pieniężną "na zbadanie konieczności powołania uczelni", następnie zainteresowanie to osłabło, a w jego miejsce
pojawiły się ataki prasowe ze strony polityków litewskich. Nastąpiły zresztą po tym, jak ostre i krytyczne artykuły
przeciwko polskiej wyższej uczelni w Wilnie ukazywać się zaczęły w Polsce. Wyższa uczelnia istnieje i działa, nie
posiada jednak licencji (prowadzi nauczanie bez prawa wydawania dyplomów), pełniąc rolę placówki dydaktycznej,
zapewniającej tylko częściowe opanowanie programu studiów wyższych, które są następnie kontynuowane w Polsce.
Szansą na uzyskanie statusu pełnej uczelni może być zmiana polskiego ustawodawstwa, zezwalająca uczelniom krajowym
na posiadanie filii zagranicznych.
Język
Polityka językowa państwa litewskiego należy do priorytetowych kierunków działalności władz. Walka o język litewski
stanowiła ważną część ruchu niepodległościowego, w którym wątki narodowe dominowały zdecydowanie nad postulatami praw
człowieka. Jednym z pierwszych aktów, uchwalonych przez parlament niepodległego państwa, była ustawa o języku
państwowym. Dokument ten stał się w swoim czasie przyczyną powstania polskiego ruchu autonomicznego, postulującego
m.in. oficjalną wielojęzyczność. Ruch jednak został stłumiony, w ustawie o języku litewskim nie poczyniono żadnych
poprawek na rzecz rozszerzenia sfery używania języka polskiego.
Wszystkich pracowników sfery budżetowej, służb i urzędów publicznych obowiązuje egzamin ze znajomości języka
litewskiego (za własną opłatą), a pełnienie funkcji publicznych jest uzależnione od pomyślnego złożenia egzaminu.
Język polski został praktycznie wyrugowany ze wszystkich sfer życia publicznego. Cała dokumentacja biurowa w
samorządach, nawet w szkołach polskich prowadzona jest w języku litewskim. Nawet imiona i nazwiska uczniów w
dziennikach klasowych muszą być pisane w transkrypcji litewskiej.
W kwestii używania języków istnieje w ustawodawstwie litewskim kolizja prawna: ustawa o mniejszościach narodowych jest
nieco bardziej liberalna i zezwala na pewne ograniczone używanie języków mniejszości narodowych, podczas gdy zapisy
ustawy o języku państwowym takich możliwości nie dają. W parlamencie litewskim podejmowane były kilkakrotnie próby
usunięcia tej kolizji - poprzez znaczne usztywnienie założeń ustawy o mniejszościach, odstępowano jednakże od nich
pod naciskiem polskiej reprezentacji politycznej. Jeśli jednak chodzi o realizację zapisów, brane są za normę wyłącznie
sztywne założenia ustawy o języku litewskim, a nie ustawy o mniejszościach.
Wielce wymowne jest, jak państwo litewskie rozwiązuje (a raczej unika rozwiązania) problem pisowni imion i nazwisk
osób narodowości polskiej w dokumentach osobistych. Traktat między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Litewską o
przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy z 26 kwietnia 1994 r. ma zapis w art. 14, który zakłada
rozwinięcie i skonkretyzowanie tej kwestii w osobnym porozumieniu: "szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i
nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie" (zob. "Polacy na Litwie. Wybór dokumentów prawnych dotyczących mniejszości
narodowych", Warszawa 2001, s. 59).
Strona litewska, niechętna zawarciu tego rodzaju porozumienia, od ponad 12 lat skutecznie blokuje i torpeduje prace
nad rzeczoną umową, stwarzając sztuczne problemy i powołując się na wymyślone trudności (w rodzaju - w komputerach
litewskich brak czcionek polskich etc.). Dyplomacja polska wypada w tym układzie wyjątkowo niekorzystnie, jako nie
potrafiąca wynegocjować tak drobnej sprawy z partnerem, któremu na współpracy z Rzeczpospolitą autentycznie zależy.
Z upływem lat temat traci na aktualności wobec zaszłości formalnych - o ile nawet umowa zostałaby sfinalizowana, dziś
już niewielu byłoby chętnych do wymiany dowodów osobistych, a w ślad za tym przerabiania całego szeregu innych
dokumentów (legitymacji, prawa jazdy, testamentów, umów, różnego rodzaju papierów dowodzących tytułu własności),
wiązałoby się to bowiem z licznymi niedogodnościami, a i poważnymi kosztami. Kwestia umowy o pisowni nazwisk ukazuje
dobitnie autentyczny stan relacji międzypaństwowych litewsko-polskich, od którego w dużym stopniu uzależnione jest
położenie polskiej społeczności na Litwie, jej uprawnienia formalne i możliwości pielęgnowania swojej mowy i kultury,
zdobywania wykształcenia.
Obywatelstwo
Republika Litewska jako jedyna z trzech krajów bałtyckich zastosowała po odzyskaniu niezależności zerową opcję
obywatelstwa, nadając je wszystkim bez wyjątku mieszkańcom kraju, którzy się zgodzili podpisać tzw. deklarację
lojalności. (Estonia i Łotwa, mając wysoki procent ludności rosyjskojęzycznej, wprowadziły rygorystyczne ograniczenia,
których celem było uniemożliwienie uzyskania obywatelstwa przede wszystkim nielojalnym wobec nowych władz Rosjanom, a
wraz z nimi innym "nierdzennym" grupom etnicznym, w tym Polakom).
Rok 1991, kiedy się odbywała procedura zmiany obywatelstwa, był okresem poważnych napięć między ludnością polską a
władzami państwa. Pytanie, jak się zachowają Polacy, niepokoiło zarówno władze Litwy, jak i Polski. Jak miałyby się
zachować, jeżeli ok. 250 tysięcy Polaków masowo odmówi przyjęcia obywatelstwa litewskiego? Mógł z tego powstać poważny
problem dla obu państw. Rzeczywistość jednak rozwiała te niepokoje. Rejony wileński i solecznicki zanotowały najwyższy
w kraju wskaźnik procentowy ludzi, którzy przyjęli nowe obywatelstwo. Trudno obecnie określić dokładnie, czy to apele
miejscowych organizacji polskich wywarły taki wpływ, czy też swoje znaczenie miało to, iż po podpisaniu przyrzeczenia
obywatelskiego stawało się automatycznie właścicielem pewnej kwoty tzw. czeków prywatyzacyjnych, za które można było
np. wykupić, faktycznie za bezcen, spółdzielcze bądź komunalne mieszkanie.
Organizacje polskie podejmowały też, acz sporadycznie, temat obywatelstwa Drugiej Rzeczypospolitej, twierdząc, że nikt
z mieszkańców Wileńszczyzny nie zrzekał się obywatelstwa polskiego dobrowolnie i że teraz musiałoby ono zostać
przywrócone zarówno osobom starszym, urodzonym w przedwojennej Polsce, jak i ich potomkom. Postulaty podwójnego
obywatelstwa nie doczekały się jednak jakiegokolwiek odzewu ze strony władz polskich.
Ustawodawstwo litewskie uregulowało problem obywatelstwa w ten sposób, że o ile osoba, która przed wojną obywatelstwo
litewskie posiadała, obecnie zaś chciałaby je odzyskać, państwo litewskie nie stwarza żadnych przeszkód. Nie dotyczy
to jednak mieszkańców tej części kraju, należącej w okresie międzywojennym do Polski, którzy posiadali obywatelstwo
polskie. Uniemożliwiono w ten sposób wszelkie próby odzyskania przez te osoby mienia (zarówno ziemi, jak i budynków
w stolicy i innych miejscowościach), jakie mogłyby być ewentualnie podejmowane przez Polaków z tych stron bądź ich
potomków. (Wyjątek zrobiono jedynie dla Czesława Miłosza, któremu nadano obywatelstwo honorowe i zwrócono majątek
rodowy. Nastąpiło to prawdopodobnie w uznaniu zasług noblisty, który ostentacyjnie podkreślał nieraz swoją litewskość,
działalność zaś organizacji polskich na Litwie określał dosadnie jako nacjonalistyczną).
Do niedawna ustawodawstwo litewskie zabraniało posiadania podwójnego obywatelstwa, ostatnio jednak wprowadzone zostały
do ustawy o obywatelstwie poprawki, które na podwójne obywatelstwo zezwalają - ale tylko osobom narodowości litewskiej.
Autorzy nowelizacji stwierdzali masową emigrację Litwinów z kraju i przyjmowanie tam obcego obywatelstwa. Możliwość
zachowania obywatelstwa litewskiego miałaby zapobiegać utracie więzi państwa litewskiego ze swoimi obywatelami.
Wielkie nadzieje wiązane były w środowisku polskim na Litwie z inicjatywą Senatu RP wprowadzenia Karty Polaka. W
odróżnieniu od polityków w kraju, nastawionych wobec Karty negatywnie albo z rezerwą, akcentujących wielkie
zobowiązania, jakimi Karta Polaka obciążałaby państwo polskie, na Wileńszczyźnie dokument ten odbierano wyłącznie
jako symboliczny gest pamięci Macierzy, który jednocześnie mógł znacznie ożywić i zmobilizować środowiska polskie
na całym świecie, skonsolidować je i podbudować duchowo. Nie oczekiwano na Litwie żadnych świadczeń i ulg materialnych.
Piękna idea została w parlamencie polskim storpedowana. Nic nie wydaje się wskazywać na to, że w nowych warunkach
geopolitycznych (bliski akces Polski do Unii Europejskiej) może nastąpić powrót do tej inicjatywy.
Stosunki litewsko-polskie
Przestrzeganie praw polskiej grupy etnicznej na Litwie wiąże się w sposób bezpośredni z polityką władz Rzeczypospolitej.
Władze litewskie reagują nadzwyczaj czujnie na to, jak to czy inne ich posunięcie jest odbierane przez stronę polską.
Choć w konkretnych kwestiach prowadzone są rozmowy z przedstawicielami miejscowej społeczności polskiej, ostatnie słowo
należy zawsze do odnośnych władz RP. Szkoła polska w Jawniunach (przedostatnia w rejonie szyrwinckim) została zamknięta
zaraz po tym, jak Konsulat RP udzielił na to niedwuznacznej zgody. Z drugiej strony, były też wypadki, że godzące w
społeczność polską inicjatywy ustawodawcze w Sejmie RL były uchylane w ciągu jednej nocy, po prywatnej rozmowie
ambasadora RP z przewodniczącym litewskiego parlamentu. Inny z kolei ambasador agitował dla odmiany za rozszerzeniem
granic stolicy gorliwiej nawet, niż politycy litewscy. (Osoba ta pełni obecnie funkcje konsula honorowego Litwy w
Polsce. Jest to, zdaje się, raczej ewenement w praktyce dyplomatycznej).
Problemy mniejszości polskiej na Litwie stanowią żelazny punkt programu każdego spotkania litewsko-polskiego na
najwyższym szczeblu. Jeśli się jednak w retrospektywie listę tych problemów przejrzy, okaże się, że są one niezmienne
od samego początku istnienia państwa litewskiego. Może to być świadectwem zarówno konsekwencji w postępowaniu wobec
Polaków władz litewskich, jak też braku skuteczności w negocjacjach strony polskiej. Deklarowana przez obie strony
serdeczna przyjaźń i idealne wręcz partnerstwo w odbiorze Polaków z Litwy - wobec nie rozwiązywanych od lat ich
problemów - brzmią coraz bardziej jako przykry dysonans. Stąd też wynika ich obawa, że rychłe przystąpienie Litwy
do NATO i UE uczyni zbędnym stwarzanie przez Litwę pozorów dobrosąsiedztwa i może negatywnie się odbić na sytuacji
ludności polskiej na Litwie
Podsumowanie
Na kondycję społeczności polskiej na Litwie rzutuje cały szereg czynników, z których najbardziej istotna wydaje się być
tendencja w polityce litewskich władz państwowych, podniesiona do rangi racji stanu, budowania państwa jednorodnego
etnicznie, co zakłada jak najszybszą, często nie przebierającą w środkach, przymusową asymilację. Dla uzasadnienia
i moralnego usprawiedliwienia drastycznych nieraz poczynań wobec ludności polskiej przywoływane są, przeważnie urojone,
krzywdy, doznane przez Litwinów od Polaków w ciągu minionych stuleci. W sposobach traktowania społeczności polskiej
na Litwie nie nastąpiły żadne zmiany nawet po wybraniu Polski (po Niemczech i krajach skandynawskich) na strategicznego
partnera w tzw. drodze do Europy.
Dla powierzchownie nawet obeznanych z historią stosunków litewsko-polskich w okresie międzywojennym, a zwłaszcza z
metodami traktowania ówczesnej mniejszości polskiej na Litwie, paralele i analogie realizowanych wtedy i teraz
scenariuszy są aż nazbyt widoczne. Wtedy niewielkiej liczbie właścicieli dużych połaci ziemi ziemię tę odebrano w
ramach tzw. reformy rolnej. Dziś duża liczba właścicieli małych kawałków ziemi swojej własności nie jest w stanie
odzyskać. Wtedy zamknięto wszystkie polskie szkoły i zlikwidowano wszystkie polskie organizacje. Dziś szkolnictwo
polskie, aczkolwiek na Wileńszczyźnie funkcjonuje, jest stawiane przez władze w wyraźnie gorszych warunkach od
litewskiego. Złagodzenie kursu wypływa zapewne z faktu, że wtedy Polska i Litwa nie utrzymywały ze sobą stosunków
dyplomatycznych i nawet formalnie były w stanie wojny. Dziś zgodnie się twierdzi, z obu stron, że stosunki są wręcz
najlepsze na całej przestrzeni dziejów. Cel jednak i wtedy, i teraz pozostaje ten sam: zbudowanie państwa jednorodnego
etnicznie i maksymalnie szybka asymilacja ludności polskiej.
Czy cel ten zostanie osiągnięty, zależy przede wszystkim od samej społeczności polskiej, od tego, jak się potrafi
znaleźć w nowych warunkach - i ekonomicznych, i politycznych, jaka będzie jej reprezentacja, czy potrafi przezwyciężyć
w swoim łonie niepożądane skłócenie, grę ambicji, będzie umiała roztropnie się zachować w decydujących sytuacjach.
Nie mniejsze znaczenie będzie też miało i to, czy władze Rzeczypospolitej Polskiej będą w końcu w stanie opracować
koncepcję skutecznej polityki postępowania wobec Polaków poza krajem, a w szczególności na Wschodzie, czy prócz
ważkiej i docenianej pomocy natury materialnej zdobędą się wreszcie również na udzielenie mądrego wsparcia politycznego
Polakom na Litwie i w innych krajach.
Jan Sienkiewicz