Śladami przodków po Ukrainie
Ojcu memu, Andrzejowi Piotrowskiemu poświęcam
Od dłuższego czasu planowałam wyjazd do Francji i przygotowywałam się do niego. Gromadziłam przewodniki, książki historyczne, beletrystyczne, mówiące o życiu w tym kraju i o znamienitych Francuzach. Nie zauważałam, że przy francuskiej półce powstawała druga - lwowska, kresowa. W pewnym momencie, właśnie z niej zaczęłam częściej zdejmować książki. Lubiłam przy tym wspominać rozmowy z moim Tatą, który urodził się we Lwowie i właśnie z tym miastem i jego okolicami łączyły Go ogromne więzi. Z wielkim sentymentem opowiadał mi o tamtych stronach.
Często zadawałam sobie pytanie -
"co jest w tej ziemi, w tym mieście, że tak niezmiennie kochał je przez całe życie i tęsknił za nim?". Trudno mi było to pojąć.
Dziś cieszę się, gdyż wreszcie Go zrozumiałam.
Zupełnie niespodziewanie dla siebie samej znalazłam się w grupie osób wyruszających na wycieczkę do Lwowa i na Kresy południowo-wschodnie. Kłębiły się we mnie różne uczucia - radość, ciekawość, niepokój. Jako urodzona optymistka wierzyłam, że będę z tego wyjazdu zadowolona. Jednak to, co zobaczyłam, przeżyłam, poczułam i co czuję nadal przeszło moje wyobrażenia i oczekiwania.
Podróż z Warszawy do Lwowa minęła błyskawicznie. Ziemia ukraińska powitała nas słońcem, ciepłem i ślicznym widokiem oddalonej o kilka kilometrów od szosy Żółkwi.
Po południu wjechaliśmy do Lwowa. W hotelu położonym w pobliżu cmentarza Janowskiego od razu miłe zaskoczenie. Sympatyczny personel, czysty, wygodny pokój z łazienką. Cieszę się, że z walizki nie muszę wyjmować swojej bielizny pościelowej, którą radzili mi zabrać znajomi.
Już pierwszego dnia, pierwsze, niezapomniane przeżycie; uczta duchowa - koncert organowy w kościele Św. Marii Magdaleny. Tak pięknego koncertu organowego nigdy nie słyszałam; w repertuarze muzyka klasyczna, ale i Gershwin.
Sama świątynia jest jednocześnie kościołem i salą koncertową. Spodobał mi się pomysł zainstalowania ruchomych oparć ławek - ustawianych zależnie od tego, czy słuchamy Mszy świętej czy koncertu. Godny uwagi jest monumentalny ołtarz kościoła, prawdopodobnie dzieło W. Kielara. Scena środkowa przedstawia ekstazę Marii Magdaleny, boczne - jej spotkania z Chrystusem. Materiał, z którego wykonano ołtarz to marmur i alabaster. Całość robi na mnie duże wrażenie.
W czasie drogi powrotnej do hotelu, zwracam uwagę na duży, w porównaniu z Warszawą o tej porze, ruch na ulicach i na cudowną zieleń, w której dosłownie to miasto tonie.
Przede mną całe trzy dni we Lwowie

Co przyniosą? Dzisiaj wspominam te lwowskie godziny jako pełne wrażeń i pięknych przeżyć. Myślami wracam do cudownych chwil spędzonych w pięknych miejscach, do spacerów, w czasie których podziwiałam zabytki budowane w różnorodnych stylach - renesans, secesja, gotyk, rokoko, barok.
Zachwycił mnie Arsenał Królewski, ze swoim flamandzkim renesansem, z piękną arkadową loggią i urokliwym dziedzińcem. Akwarelka z jego widokiem wisi dzisiaj w moim pokoju i sprawia mi wiele radości. Tajemnicza, pachnąca wschodem część Lwowa to dla mnie Katedra ormiańska p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z przylegającymi do niej uliczkami i zaułkami. Mieliśmy szczęście - była otwarta. Jest to jedna z najstarszych i najwspanialszych świątyń. Jej fundatorem był syn szachinszacha z Kaffy, budowniczym - Włoch Dorchi. W świątyniach ormiańskich panuje zwyczaj pokrywania ścian od posadzki do sufitu freskami. W lwowskiej katedrze są one autorstwa J.H. Rosena. Osobiście zachwyciła mnie mozaika znajdująca się w kopule świątyni, którą projektował Józef Mehoffer. Urokliwe miejsce, to mały dziedziniec katedry otoczony arkadowymi krużgankami. Znajduje się na nim piękna Grota Męki Pańskiej, z barokowymi, drewnianymi rzeźbami. Żal mi było opuszczać tę orientalną część Lwowa.

Miasto to, na każdym kroku ma cudowne miejsca, kościoły, zabytki. Z przyjemnością przechadzam się po nim w godzinach wieczornych. Jakże inny ma wtedy urok, ile w nim tajemniczości, nostalgii, zadumy. Bardzo trudno wyrazić słowami uczucia, które odzywają się we mnie spacerującej po oświetlonym i gwarnym Lwowie. Z pewnością są i smutek, żal, za czymś, co utracone. Obiecuję sobie, że wszystkie te miejsca odwiedzę ponownie w ciągu dnia. Oglądając je w piękny, słoneczny dzień nie rozczarowuję się. Jestem zafascynowana architekturą kamienic, widoczną mieszanina stylów, tworzącą tak wspaniałą całość. Cóż to za przyjemność przejść się dawną ul. Akademicką (dziś Szewczenki). Uruchamiam wyobraźnię i staram się zobaczyć tę ulicę przed 1939 rokiem.
Powoli zaczynam rozumieć Tatusia, Dziadków i rodzinę mieszkającą w tym cudownym mieście w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku - ich nie przemijającą miłość do niego.
Lwów - miasto słynne z dużej ilości pięknych kościołów - zamienionych dziś w większości w cerkwie. Najbliższe mojemu sercu są kościół Św. Marii Magdaleny i kościół Bernardynów (obecnie cerkiew Św. Andrzeja). Widok zewnętrzny tego drugiego zapiera dech w piersiach. Ciekawa, nietypowa sylwetka, przepiękna dekoracja fasady - z zachwycającym, rzeźbionym w kamieniu ornamentem. Zabudowania klasztorne wraz z dzwonnicą otacza mur obronny z basztami. Od średniowiecza klasztor włączony był w system umocnień miasta. Architekci, którzy przyczynili się do powstania tego dzieła to: Paweł Domicini i Andrzej Bemer.

Bardzo blisko kościoła Bernardynów znajduje się krótka uliczka Ochronek (dziś Koninskoho). Szłam w jej stronę z bijącym sercem. W domu pod numerem 4a urodził się mój Tatuś, wiele lat w mieszkaniu na drugim piętrze mieszkali moi dziadkowie. Bardzo bałam się, że nie odnajdę rodzinnych śladów. Stało się jednak inaczej. Uliczkę znalazłam śliczną, cichą, a dom - odrestaurowany, bardzo reprezentacyjny. Ileż wzruszeń tam doznałam! W uszach dźwięczały mi słowa Taty:
"...okna i balkon wychodziły na ulicę Domagaliczów".
Warto było przyjechać do Lwowa i warto było nawet zrezygnować z oglądania wieczornego spektaklu w lwowskiej Operze, by w samotności i ze wzruszeniem szukać rodzinnych śladów. Nie żałuję, że nie obejrzałam "Nabucco", choć sam budynek teatru oczywiście mnie zachwycił. To jeden z najpiękniejszych teatrów operowych w Europie. Powstał w latach 1897 - 1900 według projektu Zygmunta Gorgolewskiego w formie francuskiego baroku. Wzrok przyciąga jego fasada, zwieńczona alegorycznymi, uskrzydlonymi rzeźbami: Sławą, Dramatem, Muzyką. Urzekła mnie zwłaszcza środkowa kondygnacja gmachu - trójarkadowa loggia z trzema oknami wsparta na potrójnych kolumnach. Prawdziwe oczarowanie przyszło jednak we wnętrzu budynku. Westybul z pozłacaną ornamentyką stiukową, klatka schodowa z marmurowymi ścianami, kaflowa posadzka, schody z białego marmuru. Pełne przepychu foyer pierwszego piętra, podzielone na dużą salę i dwie mniejsze - boczne. Zachwycające lustra w złotych ramach, wspaniałe sztukaterie, dekoracja rzeźbiarskie i malowidła. W niszach, popiersia słynnych rosyjskich i ukraińskich kompozytorów. Strop ozdobiony plafonami z obrazami, z których mniejsze, symbolizują uczucia ludzkie, większe przypominają spektakle wystawiane w teatrze. Widownia składa się z parteru i amfiteatru. Cenna kurtyna to dzieło Henryka Siemiradzkiego. Przedstawia alegorycznie sens życia ludzkiego.
Teatr Opery - dziś jedna z najlepszych scen operowych i teatralnych Ukrainy znajduje się przy Wałach Hetmańskich (dzisiaj Al. Swobody). Powstały one w XVIII wieku na miejscu dawnego wału obronnego i koryta rzeki Pełtwi.
Jest coś sielskiego w widoku osób siedzących przy nich na ławkach - grających w warcaby, szachy, w ulicznych grajkach.
Wałami dochodzi się do placu Mariackiego (dziś Mickiewicza), którego głównym akcentem jest pomnik Adama Mickiewicza autorstwa Antoniego Popiela. Powstał on w pięćdziesiąta rocznicę śmierci poety i ma opinię najpiękniejszego pomnika, jaki wystawiono wieszczowi.
Lwów, to miasto o bajkowym położeniu - na siedmiu wzgórzach, pokrytych roślinnością. Z Wysokiego Zamku można zobaczyć najpiękniejszą jego panoramę. Gdy stałam na tym owianym legendą wzgórzu, mimo nie najlepszej pogody, mogłam podziwiać panoramę tego zachwycającego miasta. Dumna, strzelista wieża Korniaktowa, kopuła kościoła Dominikanów, archikatedralna cerkiew Św. Jura, ratusz, rynkowe kamieniczki - oglądane z wysokości 402 m n.p.m., prezentowały się wspaniale.
Lwowski rynek - plac o wymiarach 142 x 129 m, zabudowany jest 44 kamienicami, które różnią się między sobą zarówno stylem, jak i rangą. Dla mnie, najpiękniejsze są te renesansowe. Urzekła mnie Kamienica Królewska. Zbudowana dla Konstantego Korniakta, kupca z Krety, w 1678 roku została przebudowana na rezydencję dla króla Jana III Sobieskiego. Król lubił w niej przebywać, stąd nazwa "Królewska". Ze względu na piękny, arkadowy wewnętrzny dziedziniec mówi się też o niej "mały Wawel". Miło było na tym dziedzińcu usiąść przy kawiarnianym stoliku, wypić kawę i trochę odpocząć. Bardzo piękna jest sąsiadująca z kamienicą Królewską, kamienica "Czarna". Ma opinię jednego z najładniejszych zabytków Lwowa. Parę razy zmieniała właścicieli. Ostateczny wygląd zawdzięcza dr Marcinowi Anczowskiemu. Na jego zlecenie cała elewacja została pokryta tzw. diamentową rustyką. Nazwa kamienicy pochodzi od sczerniałej elewacji. Trudno nie wspomnieć też o okazałym pałacu arcybiskupim, w którym gościli królowie - Jan Kazimierz i Władysław IV. Dnia 10 listopada 1673 roku w sali na I piętrze zmarł król Michał Korybut Wiśniowiecki.
Ozdobą rynku są cztery empirowe studnie, ustawione w jego narożach, każda z nich z piękną rzeźbą: Neptuna, Adonisa, Diany, Amfitryty. Pośrodku rynku - ratusz z 65-metrową wieżą zegarową. Wejścia do niego strzegą dwa kamienne lwy.
Z rynku, już tylko parę kroków i dochodzimy do najwspanialszego dzieła architektury manierystycznej we Lwowie i Europie - Kaplicy Ogrojcowej, zwanej od nazwiska fundatorów - Kaplicą Boimów. Jerzy Boim - kupiec lwowski i sekretarz króla Stefana Batorego zlecił prawdopodobnie jej budowę Andrzejowi Bemerowi. Jest to jedyna, z kilku istniejących, zachowana we Lwowie kaplica grobowa, na cmentarzu przykatedralnym. Jej fasada przypomina Kaplicę Zygmuntowską na Wawelu. Bardzo cennym dziełem jest epitafium rodziny Boimów z XVII wieku, autorstwa Jana Pfistera.
Historia, na każdym kroku historia - to miasto jest nią przesiąknięte.
Sporych wzruszeń doznałam w dwóch kościołach: u Dominikanów, przy nagrobku Artura Grottgera (zawsze byłam pod wrażeniem jego miłości do Wandy Monne) i w Katedrze Łacińskiej - centrum polskości i patriotyzmu. Jak nie pamiętać, że właśnie tutaj, przed cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej, król Jan Kazimierz składał śluby 1 kwietnia 1656 roku.
W piękny, słoneczny dzień docieramy na Cmentarz Łyczakowski. Jest to miejsce szczególne. 40 ha, piękny park, a w nim kaplice, nagrobki, grobowce o wyjątkowej urodzie. I wyjątkowi ludzie, którzy zostali tu pochowani. Nie tylko Polacy - także Grecy, Ukraińcy, Ormianie, Niemcy. Odwiedzamy polskie groby: Maria Konopnicka, Artur Grottger, Seweryn Goszczyński, Stefan Banach, Gabriela Zapolska. Miło mi, że na tym ostatnim sporo kwiatów. Zapalam światła. Przecież to moja rodzina - Gabriela z Korwin Piotrowskich - Zapolska.
W głowie kołacze mi się myśl..., może dopisze mi szczęście, może przypadkiem natrafię na grób pradziadków, którego od 1939 roku nikt nie odwiedził? Niestety, nie udało się. Mam jednak nadzieję w sympatycznym panu Romanie.
Pokonując pagórkowaty teren cmentarza, docieramy do miejsca szczególnego - Cmentarza Orląt. Jest to chyba jedno z nielicznych miejsc we Lwowie, gdzie trudno o uśmiech. Dla mnie, drugie takie specyficzne miejsce to Wzgórza Wuleckie - 25 profesorów wyższych uczelni lwowskich wraz z rodzinami, aresztowanych z 3/4 lipca 1941 r. zostało przywiezionych do willi pana Abrahamowicza, skąd wyprowadzono ich do wuleckiego zagajnika i tam rozstrzelano. Przy obelisku upamiętniającym ten bestialski mord palimy światła i trwamy w zadumie.
Większość uczestników wycieczki to pracownicy Politechniki Warszawskiej. Ciekawi nas gmach lwowskiej uczelni. Porównuję go z warszawskim. Oba wspaniałe. Gmach lwowski powstał wg projektu prof. arch. Juliana Zachariewicza w latach 1873-1877. Jest przykładem neorenesansu i neobaroku. Dużą jego ozdobą jest portyk z alegorycznymi rzeźbami Marconiego symbolizującymi Inżynierię, Budownictwo, Mechanikę. W auli Politechniki podziwiam malowidła wykonane wg szkiców Jana Matejki. Przedstawiają one techniczny postęp ludzkości. Uczelnię lwowską ukończyły takie sławy jak: prof. Ignacy Mościcki, gen. Władysław Sikorski, gen. Tadeusz Bór-Komorowski. Tak, jak i warszawski, gmach główny Politechniki Lwowskiej otoczony jest pięknymi starymi drzewami.
To ukochane miasto Tatusia, dziadków stało się też moją miłością. Jestem w Warszawie, a właściwie nie ma dnia, abym o nim nie myślała.
Cóż jest w tym mieście? Jakaś tajemna siła, każąca powracać ludziom, którzy je choć raz ujrzeli. Czuję, że będę odwiedzać to miasto często. W Warszawie otrzymuję wiadomość:
"...na cmentarzu Łyczakowskim grób rodziny istnieje nadal". To właśnie wspomnianemu wcześniej panu Romanowi, byłemu kustoszowi cmentarza Łyczakowskiego, udało się go odnaleźć. Moja radość jest ogromna i jeszcze bardziej czuję się związana z tym bajkowym grodem.
Widziałam różne piękne miejsca na świecie. Stałam nad norweskimi fiordami, na urokliwej wyspie Sylt na Morzu Północnym, w Amsterdamie, z pływającego tramwaju podziwiałam piękne kamienice, stojące wzdłuż kanałów, ale nigdzie tam, serce moje nie biło tak mocno, jak w zaczarowanym Lwowie.
Dziś zobaczę Schodnicę
Po trzech dniach opuszczam miasto i wraz z całą grupą ruszam w trasę. Rozpoczyna się drugi etap wycieczki i mojego odkrywania Ukrainy - podróż na Podole i Wołyń. Ogarnięta jestem jedną myślą - dziś mam zobaczyć Schodnicę. Przypuszczam, że mało jest osób, którym ta nazwa cokolwiek mówi. Dla mnie - miejsce magiczne. To właśnie w tej wiosce znajdował się letnio-zimowy domek moich dziadków. To o tej Schodnicy, o cudownych wakacjach tam spędzanych słuchałam opowieści mego Taty i wielu osób z rodziny. Dla nich, było to miejsce zaczarowane, które kojarzyło się z beztroską i radością; miejsce, do którego nikt z nich nigdy nie powrócił.
Nie mogę uwierzyć, że nadszedł dzień, w którym na własne oczy ujrzę tę osławioną rodzinną miejscowość. Muszę się trochę uzbroić w cierpliwość. Przed Schodnicą, są godne zwiedzenia dwa historyczne miejsca. Najpierw zatrzymujemy się w Gródku Jagiellońskim - jednym z najstarszych ośrodków miejskich na Rusi. Odwiedzamy, znajdujący się przy rynku kościół famy, ufundowany w 1419 r. przez Władysława Jagiełłę. Od chwili zamknięcia, czyli od 1947 roku był magazynem. W 1989 r. stał się na nowo ośrodkiem duszpasterskim. To właśnie tutaj, w Gródku w 1434 roku zmarł król Władysław Jagiełło, który jak głosi legenda, w czasie drogi na Ruś zatrzymał się w lesie, długo słuchał śpiewu słowika i przeziębił się. Życiem przepłacił ten "słowiczy koncert".

Po zwiedzeniu cerkwi Zwiastowania z 1633 roku udajemy się do pobliskich Rudek. W tutejszym kościele p.w. Wniebowzięcia N.M. Panny znajduje się kaplica rodzinna Fredrów z zespołem nagrobków i epitafiów. Tworzą one jeden z nielicznych, XIX-wiecznych przykładów rozbudowanego mauzoleum rodzinnego we wnętrzu kościoła. Mnie Rudki kojarzą się głównie z cudownym, ikonograficznym obrazem Matki Boskiej, bardzo popularnym na Rusi Czerwonej.
W 1612 roku Jerzy Czuryło umieścił w kościele (parafia istniała od drugiej połowy XIV wieku) ikonę Matki Boskiej pochodząca ze spalonej przez Tatarów cerkwi w Żeleźnicy na Podolu. Przez stulecia otaczano ją czcią, zarówno katolicy, jak i prawosławni składali tu cenne wota. Kościół w Rudkach pełnił funkcję jednego z najważniejszych na ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej sanktuariów maryjnych. Obraz Matki Boskiej miał "podwójny status" ikony-obrazu. W 1921 roku biskup przemyski Józef Sebastian Pelczar dokonał koronacji obrazu, srebrne pozłacane korony wykonano w Krakowie). W 1946 roku kościół zamknięto i zamieniono na magazyn żywności. Cudowny obraz, srebra, wota ewakuowano w dramatycznych okolicznościach do seminarium duchownego w Przemyślu. W 1968 roku obraz przeniesiono do kościoła parafialnego w Jasieniu, z myślą o utworzeniu w Bieszczadach silnego ośrodka kultu maryjnego. Niestety, w nocy z 7-8 lipca 1992 roku dokonano zuchwałej kradzieży ikony. W głównym ołtarzu kościoła w Rudkach, w niszy ujętej w neorokokową ramę (w polach bocznych, we wnękach - rzeźby św. Piotra i św. Pawła) znajduje się kopia cudownego obrazu Matki Boskiej z popiersiami archaniołów i świętych. Zrobiła na mnie duże wrażenie. Bardzo zapragnęłam mieć obrazek Matki Boskiej Rudeckiej. Niestety, nie było na miejscu księdza, kościelny nie mógł znaleźć kluczy od szafki z obrazkami, z żalem opuszczałam kościół. W momencie jednak, gdy wychodziłam z zakrystii, kościelny, widząc jak bardzo zależy mi na tym obrazku, szybkim ruchem zdjął ze ściany drewnianą ikonę Matki Boskiej i wręczył mi ją. Ten gest wzruszył mnie ogromnie. Dzisiaj, Matka Boska Rudecka czuwa w moim pokoju.
Droga z Rudek do Sambora minęła szybko. Miasto, w którym często bywali polscy królowie: Władysław Jagiełło, Władysław Warneńczyk, Stefan Batory jest bardzo ładnie położone na pogórzu karpackim. Przez ośrodek przemysłu naftowego - Borysław (z okna autokaru widzę charakterystyczne urządzenia przemysłu naftowego - kiwony) zmierzamy do Schodnicy. Dziwne uczucia i myśli się we mnie kłębią. Już za parę chwil... Droga piękna, dokładnie taka jak opisywał Tatuś. Serpentyny, lasy, góry - Pogórze Karpackie. Jest jednak różnica. Ja jadę autokarem, oni jeździli z Borysławia bryczką. I nie było wtedy asfaltu. Napis "Schodnica" przyprawia mnie o kołatanie serca. Zatrzymujemy się przy bożnicy. To tu, w żydowskiej dzielnicy zakupy robiła moja rodzina. Niestety, nie mam czasu na szukanie śladów. Pomimo to, jestem szczęśliwa. Obiecuję sobie, że powrócę tu, do tej wioski z małymi domkami wśród pagórków i lasów. Kierujemy się do Drohobycza, a ja rozpamiętuję to, co widziałam. Miasto nad Tyśmienicą, do którego wjeżdżamy sprawia na mnie przyjemne wrażenie. Jesteśmy w dawnej, żydowskiej dzielnicy zwanej Łan. Tu oglądamy imponujący, cudem ocalały gmach synagogi z XVIII wieku. W czasach ZSRR był w niej dom meblowy. Obecnie stoi pusta, zaniedbana, choć zwrócono ją gminie żydowskiej. W XIX i w początkach XX wieku Drohobycz był jednym z największych skupisk żydowskich w Galicji. W czasie drugiej wojny uległ zagładzie. Może popadłby w zapomnienie, gdyby nie jego najsławniejszy obywatel, autor "Sklepów cynamonowych" Bruno Schulz (1892-1942). Przechodząc przez rynek z monumentalnym ratuszem dochodzimy do skromnego budynku, w którym pisarz mieszkał do 1941 roku (przeniósł się z niego do drohobyckiego getta). Dzisiaj w uliczkach wokół domu i rynku panuje klimat sklepów cynamonowych. Niemała ilość willi, ciekawych architektonicznie, to ślady okresu świetności Drohobycza.
Następny etap naszej podróży miasto Stryj. Jego starostą był król Jan III Sobieski (fakt ten, upamiętnia tablica na kościele parafialnym). Od razu kierujemy się do Sanktuarium Matki Boskiej Piastunki Ludzkich Nadziei. Rok powstania 1425. Sanktuarium bardzo ucierpiało w pierwszym i drugim pożarze, który ogarnął miasto. W trzecim, w 1877 roku spłonęło całkowicie. Po odbudowie stało się jednym z 11 kościołów czynnych na Ukrainie przez okres władzy sowieckiej.
Brzeżańskie postanowienie...
Coraz bardziej zbliżamy się do końca etapu dzisiejszego dnia - do Brzeżan. Jedziemy zupełnie dobrą drogą, wśród urzekającego krajobrazu. Duże przestrzenie ziemi, pokryte falującymi trawami, zachodzące słońce. Chwilami wydaje mi się, że słyszę rżenie koni...
W pewnym momencie, na wzgórzu ukazuje się drewniana cerkiew. To greckokatolicka XVI-wieczna cerkiew w Rohatynie. Wokół niej stary cmentarz. Chwilę oczekujemy na otwarcie świątyni. Podziwiamy wnętrze wielkiej urody - ściany pokryte dużą ilością ikon, przepiękny ikonostas. Bardzo specyficzny klimat.
Czas nas goni, więc już tylko na krótko zatrzymujemy się przy pomniku legendarnej Roksolany, córki miejscowego popa, która dzięki swej niezwykłej urodzie i mądrości stała się żoną chana Sulejmana II, i jedziemy przez tzw. "podolską Szwajcarię" do Brzeżan.

To właśnie tutaj, w 1554 roku wojewoda ruski i hetman wielki koronny Mikołaj Sieniawski rozpoczął budowę zamku, który przez prawie 200 lat był główną siedzibą jednego z najpotężniejszych rodów Rzeczypospolitej. Był również niezdobytą twierdzą. Odpierał oblężenia kozacko-tatarsko-tureckie. Jego wnętrza odznaczały się bogactwem i wspaniałym wystrojem. Kaplica zamkowa (kościół Św. Trójcy) przez dłuższy czas była jedyną katolicką świątynią w Brzeżanach. Wnętrze jej kopuły posiadało bardzo piękną, oryginalną ornamentykę stiukową - dzieło Jana Pfistera. W kaplicy znajdowały się nagrobki Sieniawskich, w kryptach - cynowe sarkofagi z postaciami zmarłych na wiekach.
Z chwilą wygaśnięcia rodu zaczęły się kończyć czasy świetności zamku. Jego ostatni, najlepszy okres, to połowa XVIII wieku, gdy właścicielami byli Czartoryscy. Wnętrze - nadal piękne, z cennymi meblami, z bogatą galerią portretów i obrazów.
W XIX wieku zamieniono zamek na koszary i magazyny, kaplicę na skład wódek, sarkofagi Sieniawskich udało się na szczęście wywieźć do Krakowa. Wyposażenie grabiono i wyprzedawano. Lata drugiej wojny i powojenne dopełniły barbarzyńskiej dewastacji. Dzisiaj, z cudownej rezydencji pozostały ruiny bez śladów stropów i resztki kościelnych murów, które przy zachodzącym słońcu robią duże wrażenie.
Oddalam się od uczestników wycieczki. Przez parę chwil chcę być sama, nie chcę słyszeć żadnych głosów. Jest we mnie smutek za tym, co bezpowrotnie przeminęło. Nasuwają się wspomnienia.
Dziwne, ale przed oczami mam kaliskie mieszkanie moich dziadków, pełne starych mebli, z niepowtarzalną atmosferą. Teraz nie ma nic. Lubiłam chodzić i słuchać opowieści o miejscach młodości dziadka, o Winnicy i Tatianówce.
I tu, wśród ruin słyszę jego głos:
"...jeśli będzie taka możliwość, to ty tam pojedziesz". Tak, jestem pewna, zrobię to. Ruiny brzeżańskiej rezydencji opuszczam z postanowieniem... Działają duchy przodków.
Wieczorem przed kościołem farnym spotkanie z grupą Polaków mieszkających w Brzeżanach. Widać, że jesteśmy tu bardzo oczekiwanymi gośćmi. Zostajemy rozlokowani w ich mieszkaniach i czeka nas specyficzny wieczór. Godziny spędzone w gościnnym domu pani Janiny Czajkowskiej na długo pozostaną w mej pamięci.
Następny dzień rozpoczynamy Mszą świętą odprawianą w naszej intencji w gotyckim kościele famym. To piękny gest księdza Romana, a dla mnie duże przeżycie. Po Mszy świętej, jeszcze rzut oka na dom, w którym urodził się Edward Rydz-Śmigły, na ormiański kościółek, wzruszające pożegnanie z Polakami i, niestety, odjazd. Bardzo chciałabym tu powrócić i to na dłużej, niż na kilka wycieczkowych godzin.
"Sienkiewiczowski" krajobraz
Szybko dojeżdżamy do zamku w Pomorzanach. Prawdopodobnie wzniósł go w połowie XVI wieku wojewoda podolski - Jan Sieniński. Była to budowla piętrowa, podpiwniczona. Mury obronne - zaopatrzone w strzelnice. Zamku broniła fosa i wały ziemne. W 1681 roku zdobyli go Tatarzy, w 1685 odbudował i upiększył Jan III Sobieski. Okres świetności rozpoczyna się w roku 1789, gdy przeszedł na własność Erazma i Józefa Pruszyńskich. Następni właściciele Potoccy, opiekowali się zamkiem do 1939 roku. Do dnia dzisiejszego zachowało się skrzydło wschodnie, okrągła baszta północno-wschodnia, południowe skrzydło pałacowe. Od strony ogrodu przetrwały pozostałości umocnień ziemnych. Oglądamy je, a ja myślami cały czas jestem przy rodakach w Brzeżanach. Ich trudna sytuacja nie daje mi spokoju. W głowie powstają pewne projekty... Na razie chłonę piękny, tak bardzo "sienkiewiczowski" krajobraz.
Zbliżamy się do legendarnego miejsca, do zbaraskiego zamku. Zbaraż, jedna z głównych twierdz kresowych leżąca na pograniczu Podola i Wołynia, ośrodek heroicznej, dwumiesięcznej obrony wojsk polskich w 1649 roku, która zatrzymała inwazję kozacko-tatarską. Wśród obrońców byli: Jeremi Wiśniowiecki, Marek i Jan Sobiescy, Mikołaj Ostroróg. Urokliwy, pełen starych drzew jest park na wzgórzu zamkowym. Wśród nich zachował się przedwojenny pomnik Adama Mickiewicza. Jeszcze tylko krótka wizyta w tutejszym kościele i spotkanie z księdzem, który z wielkim trudem podnosi z dewastacji tę piękną świątynię. Opuszczam Zbaraż, a w czasie drogi do pobliskiego Wiśniowca myśli moje są przy dzisiejszym zbaraskim bohaterze.
W Wiśniowcu odwiedzamy pałac o ciekawej historii. Jego czas świetności nastał od momentu, gdy ojciec przyszłego króla, Michała Korybuta Wiśniowieckiego, rozbudował i ufortyfikował dawny zamek książęcy. Fosę - otoczył wałami, a działami obronnymi dodatkowo wzmocnił fortecę. Niestety, najazdy kozackie i tatarskie doprowadziły do dużego zniszczenia. W latach 1720-1730 hetman wielki litewski Michał Serwacy Wiśniowiecki odbudował pałac, przekształcając go w wielką magnacką rezydencję w stylu francuskiego baroku. Następny właściciel, Michał Mniszech prowadził dalsze prace przy jej upiększaniu. Niestety, w połowie XIX w. sprzedał zamek. Zmiany kolejnych właścicieli i II wojna światowa doprowadziły Wiśniowiec do ruiny. W 1950 roku rozpoczęła się jego odbudowa. W jej trakcie całkowicie zmieniono wnętrza. Dziś jest siedzibą instytucji kulturalno-oświatowej.
Przed nami Tarnopol. Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałam sobie to miasto jako mało ciekawe. Zaskoczenie - ten duży położony nad Seretem ośrodek gospodarczo-kulturalny tętni życiem. Szerokie, z ładną zielenią ulice, kamienice, w różnych stylach architektonicznych. To wszystko robi na mnie wrażenie. Czuję w tym mieście powiew Wschodu. Na zwiedzanie nie mam dużo czasu. Zaglądam tylko do barokowego kościoła Dominikanów i tradycyjnie do sklepu fotograficznego. Ciągle dokupuję filmy.
Wołyńskie Ateny i Ławra Poczajowska

Po krótkim postoju w Tarnopolu, autokar wiezie nas malowniczą ziemią wołyńską do Krzemieńca.
Z czym, z kim kojarzy mi się to miasto? Z Królową Boną, jako że była jego starościną, z urodzonym tu w 1809 r. Juliuszem Słowackim i ze słynnym Liceum Wołyńskimi Atenami. Myślę, że przed laty panował tu doskonały klimat do pracy, do skupienia się nad książkami.
Nieopodal Krzemieńca odwiedzamy bardzo ciekawe, specyficzne miejsce - Sanktuarium Maryjne w Poczajowie.

Już z oddali widać złote, cerkiewne kopuły. Wjeżdżamy na dziedziniec Ławry i rozlokowujemy się w przyklasztornym hotelu. Długie korytarze, duże sale, atmosfera pełna tajemniczości. Po kolacji wychodzę na teren sanktuarium. Na szczycie góry (386 m n.p.m.) - 12 cerkwi pobudowanych w różnych stylach. Ich kopuły, wieżyczki, przy zachodzącym słońcu tworzą bajkowy krajobraz. Między drzewami, co pewien czas, miga habit przechodzącego mnicha. Czuję się jakbym znalazła się w zupełnie innym świecie. Następnego dnia ubrana w długą spódnicę i chustkę na głowie zwiedzam Ławrę. Nie zdawałam sobie sprawy, że to takie fascynujące miejsce. Naszą wycieczkę rozpoczynamy od barokowego Soboru Uspieńskiego, którego fundatorem był Mikołaj Potocki. Jest to wyjątkowo potężna, imponująca świątynia, godząca duch religijny Wschodu i Zachodu. Przy samym jej wejściu, 40 cm pod posadzką znajduje się odcisk stopy Matki Boskiej i źródełko z tryskającą, świętą wodą. Jak głosi legenda w 1340 roku tutejszym pasterzom objawiła się Matka Boska, pozostawiając ślad swej stopy w skale. Z odciśniętego śladu wytrysnęło źródełko z uzdrawiającą wodą, za sprawą której dokonało się wiele cudów. Z Cerkwi Uspieńskiej długim, mrocznym korytarzem schodzimy do cerkwi jaskiniowej - wąskiej, o trzech ścianach z naturalnej skały. W niej znajduje się wejście do pieczary wielebnego Hioba, gdzie w sarkofagu umieszczone jest nierozkładające się ciało przeora, który zmarł, mając 100 lat. Po siedmiu latach i 10 miesiącach od śmierci otworzono jego mogiłę i wtedy okazało się, że ciało Hioba nie uległo rozkładowi, a dzięki jego wstawiennictwu dokonało się wiele cudów. W efekcie Hiob został kanonizowany, a jego zwłoki umieszczono w srebrnym sarkofagu.
Są wczesne godziny ranne, a ludzi jest tu bardzo dużo. Przyjeżdżają z różnych stron, by pomodlić się przed ikoną Matki Boskiej Poczajowskiej. Moją uwagę zwraca dziwny, u większości z nich wyraz twarzy, zwłaszcza oczu. Obecni ciałem, ale myślami pogrążeni są w innym świecie. Modlą się półgłosem. To oni, jeszcze bardziej potęgują aurę tajemniczości tego ciekawego miejsca.
Ostatnie spojrzenie na błyszczące kopuły cerkwi i wsiadamy do autokaru.
Przed nami ostatni etap podróży: Olesko, Podhorce, Żółkiew
Dość szybko ukazał się nam położony na wysokiej, z dala widocznej górze zamek w Olesku. To miejsce urodzenia dwóch polskich królów. Jana Sobieskiego i Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Stamtąd niedaleko do słynnej wiejskiej rezydencji rodu Koniecpolskich w Podhorcach. Jest ona przykładem architektury rezydencjonalno-obronnej typu palazzo in fortezza. Kompleks składa się z budynku pałacowego, zbudowanego w latach 1635-1640, parku i kościoła Św. Józefa. Trzy pokolenia Koniecpolskich pracowały nad kształtem i wystrojem pałacu. Słynne były obrazy podhoreckie, które przedstawiały zasługi militarne i dyplomatyczne wielkiego hetmana. Po Koniecpolskich rezydowali tu Sobiescy, a od dwudziestych lat XVIII wieku - Rzewuscy. Dzięki Wacławowi Rzewuskiemu, rezydencja uzyskała znany nam wygląd. Dobudowano drugie piętro, na ścianach zawisły obrazy, sale zapełniły wielkiej urody meble. W 1767 roku Wacław Rzewuski został aresztowany i wywieziony w głąb Rosji. Podhorce opustoszały aż do 1833 roku, kiedy to osiedlił się tu Leon Rzewuski, syn Wacława. Przez 30 lat pracował nad poprawą stanu pałacu i jego upiększaniem. W 1865 roku został zmuszony sprzedać dobra wraz z pałacem książętom Sanguszkom. Ich wielki majątek pozwalał na właściwe utrzymanie rezydencji. Obie wojny światowe spowodowały kres jej świetności. W 1939 roku Romanowi Sanguszce udało się wywieźć wiele podhoreckich zbiorów do San Paulo.

Okupacja sowiecka doprowadziła do dewastacji pałacu. Po wojnie urządzono w nim sanatorium dla chorych na płuca.
Obecnie, zamek Podhorecki jest pod opieką Lwowskiej Galerii Obrazów. Jest nadzieja, że choć w małej części odzyska dawną świetność. Prace konserwatorskie postępują. Przed wejściem do autokaru oglądamy jeszcze kościół parafialny z XVIII wieku, przykład klasycyzmu, zaczerpniętego z architektury Rzymu, i udajemy się w drogę powrotną do Warszawy. Przed nami jeszcze tylko Żółkiew, założona w 1507 roku przez Stanisława Żółkiewskiego. Z tego okresu zachował się jedynie kościół famy. Rok 1620 przyniósł zagładę męskiej linii Żółkiewskich, a miasto przeszło w ręce Sobieskich. Dla Żółkwi nastał złoty okres. Rozwijał się handel, rzemiosło, rozbudowano zamek. Gdy Jan III Sobieski objął tron, Żółkiew stała się jedną z królewskich rezydencji. Po śmierci króla, przeszła w ręce jego synów, a następne Radziwiłłów. W 1787 roku dobra żółkiewskie rozprzedano, miasto straciło swój prestiż. Na zawsze pozostało jednak nasycone polską historią.
Podjeżdżamy pod kościół farny - mauzoleum rodowe Żółkiewskich. Jest to jeden z najpiękniejszych zabytków renesansowych. Podziwiamy dwa nagrobki rodziny Żółkiewskich, oraz dzieło A. Schlustera - nagrobki z białego alabastru Jakuba Sobieskiego (ojca króla) i Stanisława Daniłowicza. Są to zabytki na skalę europejską. Zachowały się też stalle z XVII wieku oraz ołtarz główny "Wielki" z XVIII wieku. Od 1989 roku trwają w farze prace konserwatorskie.
Przechodząc przez rynek widzę, że nie ma już pomnika Lenina, jest za to figura Matki Boskiej. To dobry znak dla miasta.
Anna Pieniążek
Autorem zdjęć jest mój mąż,
Jerzy Pieniążek, któremu dziękuję za pomoc w opracowaniu tych wspomnień.