Nowa Polonia, nowa sytuacja, nowe potrzeby
Od momentu otwarcia granic, po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, w całej Europie pojawiły się setki tysięcy Polaków poszukujących pracy. Najwięcej trafiło do Wielkiej Brytanii, sporo do takich krajów jak Irlandia, Hiszpania czy Szwecja. Ta olbrzymia fala emigracyjna ilościowo przekroczyła ilość Polaków ze "starej" przedunijnej emigracji, która stanowi teraz malejący procent w wymienionych krajach europejskich. Staje się zatem coraz bardziej oczywiste, że dotychczasowe metody działania organizacji polonijnych dziś już nie wystarczą, gdyż są mało użyteczne dla nowoprzybyłych. Na razie dla nowej Polonii na pierwszy plan wysuwa się znalezienie mieszkania i pracy. Nikt też na początku nie wie jeszcze, jak długo zostanie poza Polską. Nie wie, czy wróci do kraju, czy też będzie szukać szczęścia w innym europejskim państwie. Za chwilę jednak Polacy będą chcieli pójść do polskiego klubu, przeczytać polską gazetę, spotkać innych Polaków. Będą chcieli uzyskać poradę prawną w swoim języku, będą chcieli posłać dzieci do polskiej szkoły, tak, aby mogły ewentualnie kontynuować naukę po powrocie do Polski. Jest to na obczyźnie wyzwanie dla "starych" organizacji polonijnych, a w kraju dla całego systemu wspierania tych organizacji. Czy sprostają temu wyzwaniu, czy też nowa sytuacja wymaga zupełnie nowych metod działania i tym samym zupełnie nowych organizacji i nowego, lepszego systemu subwencjonowania Polonii?
Szybka odpowiedź na te pytania jest żywotnym interesem nie tylko organizacji polonijnych, ale również Polski.
Przede wszystkim należy podkreślić, że nasze organizacje polonijne wcale nie są takie "stare". Wiele z nich dopiero co powstało. Inne, naprawdę "stare", ewoluowały i dzisiaj są to już nie te same organizacje co 10 lat temu, a więc nie anachroniczne. Nowa Polonia już poszukuje szybkich kontaktów z nami i je znajduje. W Zrzeszeniu Organizacji Polonijnych w Szwecji organizacje dopasowały swą działalność do nowej sytuacji i określiły nowe zadania. Działają kursy językowe, przedszkola, organizowane są spotkania informacyjne. Proszę tylko spojrzeć na działalność sztokholmskiego "Ogniwa" czy "Kwiatów Polskich" z Malmö. W mojej rodzinnej Landskronie "nowi" stanowią już 12 procent ogółu członków Ogniska "Piast", a przecież minęły dopiero dwa lata. Związki muszą szeroko otworzyć podwoje swoich klubów, muszą otworzyć się na "nowe" i znaleźć formułę na to, co nas łączy. A łączy nas wszystkich polskość w najszerszym tego słowa znaczeniu. Dla tysięcy emigrantów nie będzie ona nigdy anachroniczna, nawet wtedy, gdy naszą ojczyzną będzie wielka Europa.
Prawdą jest, że w naszym pokoleniu też byli tacy, dla których ulgą była asymilacja. Wstydzili się swego pochodzenia, próbowali jak najszybciej zagrzebać się w szwedzkości, tej dobrej i tej złej, najczęściej w tej ostatniej. Ale to jednostki bez kulturowych korzeni, to "kwiaty cięte", jest im obojętne, do jakiego wazonu trafią. Nie o nich mówimy, debatując na temat oświaty polonijnej.
Przerażająca jest natomiast inna sprawa związana z "nową emigracją". Widzę, że nikt tym się tak bardzo w kraju nie przejmuje, a przecież jest to migracja, z jaką nasza Ojczyzna jeszcze się w swojej historii nie spotkała. Wielkość i intensywność tej fali emigracji nie da się porównać z żadną poprzednią w historii Polski.
I tu powstaje kilka ważnych problemów.
Po pierwsze, nikt nie daje odpowiedzi na pytanie, ilu jest nowych unijnych emigrantów. Któż więc jest odpowiedzialny za monitorowanie tego zjawiska, które przecież nie powinno być zaskoczeniem ani dla obecnych polskich władz, ani dla poprzednich? Krążą w mediach i na konferencjach różne liczby: dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, pojawiają się oceny szacunkowe z sześcioma zerami również. Parę dni temu rozmawiałem z jednym z przedstawicieli polskiej dyplomacji, który przytaczał szacunkową liczbę 2 milionów Polaków, którzy ostatnio wyjechali za chlebem.
Doskonale rozumiem, że przede wszystkim trzeba powstrzymać emigrację rosnącymi możliwościami w kraju, ale to są przecież lata - i to długie lata - inwestowania, a ludzie tymczasem ciągle wyjeżdżają.
Po drugie, brak jest przejrzystego obrazu na temat: kim są, czy wyjechali z rodzinami, czy bez, czy na stałe. Pewna część tych - przeważnie młodych - ludzi wyjeżdża na stałe i z rodzinami. Od 25 lat uczę w Szwecji nasze polskie dzieci języka ojczystego w komunalnym systemie szkolnym. I od 25 lat nie zdarzyło się to, co w zeszłym roku, ilość uczniów wzrosła nagle o 50 procent. Doświadczenia naszej i innych grup etnicznych wskazują na to, że emigranci zarobkowi raczej pozostają w nowym kraju i tam próbują budować swoją przyszłość.
Po trzecie, jeśli jest to ruch tak masowy, że aż trudny do określenia, to muszą za nim pójść odpowiednie środki finansowe i to niestety z kieszeni polskiego podatnika. Są to bowiem pieniądze tych ludzi, którzy tak masowo opuszczają kraj.
Fala emigracji wcale nie ustaje, wręcz odwrotnie, nabiera dynamiki i rozszerza się jak emigracyjne tsunami z epicentrum w Polsce, bowiem w Europie ciągle pojawiają się nowe możliwości pracy i szybszego dobrobytu.
Niestety nic nie wskazuje na to, aby polska strona dostrzegła sprawę we właściwym wymiarze. Nie pojawiają się ani nowe etaty konsularne, ani nie widać zmian w rozdziale senackich środków przeznaczonych na Polonię. Tę, jakże istotną problematykę, trudno też dostrzec w tematach sympozjów, narad i konferencji poświęconych Polonii.
Na cóż więc czekamy?
Jak już wspomniałem, od ćwierćwiecza jestem nauczycielem polonijnym i dziś uczę już dzieci moich byłych uczniów. Nic też dziwnego, że
najbardziej zainteresowany jestem problematyką oświaty polonijnej i młodzieży polonijnej. W sprawie młodzieży najważniejsze jest:
- utrzymanie jej polskości;
- danie jej szansy na powrót do Polski;
- danie Polsce szansy na jej powrót.
Państwa, które ratyfikowały Europejską Konwencję o Mniejszościach Narodowych, wspierają te mniejszości w różny sposób i w różnym stopniu, nazywając te zabiegi polityką integracyjną. Szwecja od lat przoduje w tej polityce, przy pewnej rozbieżności poglądów na ten temat. Wiele środowisk cudzoziemskich w Szwecji ma wątpliwości co do rzeczywistych skutków tej polityki i nazywa ją asymilacyjną. Prawda leży z pewnością gdzieś pośrodku.
Nie chcę tu po raz kolejny powtarzać, na czym polega szwedzki system nauczania języków ojczystych. Zaznaczę jedynie, że jest to system funkcjonujący od początku lat siedemdziesiątych. Wygląda to różnie w różnych gminach, ale oznacza średnio 2 godziny tygodniowo na grupę liczącą przynajmniej 5 uczniów. Przy wsparciu państwa gminy pokrywają koszty nauczycielskich wynagrodzeń, lokali, książek i innych materiałów szkolnych.
Jest to być może wiele, porównując z innymi krajami, ale zbyt mało, aby mówić o ewentualnych powrotach do Ojczyzny. Potwierdzają to liczby, wyrażające korzystanie z tej możliwości przez naszych rodaków. Dane statystyczne, które uzyskałem w szwedzkim Urzędzie d/s Szkolnictwa, określają sytuację z 2004 roku, czyli sprzed napływu nowych imigrantów polskich i mówią, że na 4167 uczniów szkół podstawowych, uprawnionych do nauczania języka polskiego, uczestniczy w nim 2133 uczniów, co daje zaledwie 51%.
Trudno tu szybko i sprawiedliwie dokonać analizy tych danych, ale z pewnością trzeba zauważyć, że mogą one oznaczać zarówno stosunek naszej grupy etnicznej do tego typu nauczania jak i, niestety, jej zdolność do asymilacji.
Szwedzki system nauczania języków ojczystych jest dla osób pragnących, aby ich dzieci zachowały polskość, daleko niewystarczający. Rozwiązaniem w większych aglomeracjach są polskie szkoły o uprawnieniach i na wzór tych, które działają przy polskich ambasadach. Istnieje taka szkoła w Sztokholmie - i tu trudność. Szwecja jest krajem rozciągniętym południkowo, co nie daje sensownych możliwości dojeżdżania. Dlatego od lat trwają wysiłki, zmierzające do utworzenia polskich szkół choćby w pozostałych, dużych środowiskach polonijnych. Dotarła do mnie wiadomość o powstawaniu polskiej szkoły w Göteborgu, tworzonej na nieco innej zasadzie, bo związanej z konkretną organizacją polonijną. W najbardziej na południe położonym Malmö trwają od lat starania o utworzenie polskiej szkoły przy Konsulacie Generalnym Rzeczpospolitej. Pomysłu tego nie popierała, co prawda, część lokalnego lobby nauczycielskiego obawiając się, zresztą niesłusznie, utraty pracy, ale od kiedy to szkoły są dla nauczycieli a nie dla uczniów.
Po raz pierwszy występowaliśmy do Ministerstwa Edukacji Narodowej już w 1997 roku, ponownie w 2003 roku. Podania zawierały nie tylko analizę potrzeb i opis sytuacji, ale również konkretne, stwierdzone podpisami deklaracje rodziców, chcących posyłać swe dzieci do takiej szkoły. Nasze wnioski nigdy nie zostały załatwione pozytywnie.
Do pracy w Szwecji przyjeżdżają przeważnie ludzie młodzi, a wśród nich wielu wykształconych, poszukiwanych fachowców, z takich branż jak budownictwo, ogrodnictwo, transport i służba zdrowia. Zdarzają się też tak egzotyczni specjaliści jak krupierzy w kasynach gry.
Prawdą jest to, że część tych ludzi przyjeżdża nie sama i nie na sezon, lecz z rodzinami, z dziećmi i na dłużej. Nikt dzisiaj nie daje odpowiedzi na pytanie, ilu ich jest. Jedno jest pewne, że ich przybycie zwiększa w ogromnej mierze potrzebę powstawania polskich jednostek oświatowych.
Dlatego apeluję do władz polskich oraz do wszystkich innych instytucji i organizacji, współpracujących z Polonią i opiekujących się Polakami za granicą, o dostrzeżenie i docenienie wagi problemu nowej, masowej emigracji.
- Apeluję do Senatu Rzeczpospolitej, opiekuna Polonii, o powołanie jednostki monitorującej ten ruch emigracyjny oraz uaktualnienie wielkości dotacji, w szczególności na tych kierunkach, gdzie potrzeby uległy tak radykalnemu zwiększeniu. To obowiązek Ojczyzny wobec swych obywateli, którym nie mogła dać godziwej pracy i wynagrodzenia.
- Apeluję do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o proporcjonalne zwiększenie etatowej obsługi konsularnej ogromnej masy wyjeżdżających w placówkach, których to dotyczy.
- Apeluję do Stowarzyszenia "Wspólnota Polska" o to, by w swych przedsięwzięciach i planach już od pierwszych kroków na obczyźnie towarzyszyła "Nowej Polonii".
- Apeluję do Ministerstwa Edukacji Narodowej o tworzenie polskich szkół wszędzie tam, dokąd wyjechały tak licznie polskie dzieci i polska młodzież. Inni nas w tym nie wyręczą.
- Apeluję do wszystkich aktorów współpracy z Polonią o doinwestowanie i dofinansowanie szeroko pojętej "polskości" w tych środowiskach i w takiej skali, abyśmy za kilkanaście lat nie musieli mówić o "straconym pokoleniu".
Dziękuję za uwagę.
Tadeusz Adam Pilat
Nauczyciel języka polskiego w gminie Landskrona w Szwecji
Wiceprezydent Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych
Prezes Honorowy Zrzeszenia Organizacji Polonijnych w Szwecji